Wydawać się może, że to do przyjęcia. Wystarczy o tym opowiedzieć, trzeba o tym powiedzieć! Warto o tym mówić by zostało przyjęte. Przekaz powinien być zdecydowany, intrygujący, barwny, tak żeby przykuwać uwagę. Wtedy nastąpi przyjęcie i zmiana. Nauczenie się, też będzie. Ktoś będzie już to miał. Bo ja to mam w sobie i umiem przekazać. Odpowiednio krótko bo tak uważam, że jest najlepiej albo odpowiednio kwieciście i długo bo tak do mnie przemawia. Zależy jak Ja to widzę…

Wydaje się logiczne. I może można by się spodziewać że zadziała. A jednak bywa, że w pracy z grupą, z uczestnikiem nie działa. Coś się korkuje, coś nie idzie, coś zapada się w ciszy i zmienia się energia pracy. Prowadzący może być święcie przekonany, że to co wnosi jest adekwatne, na temat, warte uwagi i ciekawe. A jednak coś nie jest tak…

Mamy grupę, albo uczestnika warsztatu. Ma on (mają oni) swoje doświadczenia, nadzieje, potrzeby, jest (są) osadzeni w tym swoim świecie. Mają swoje progi, ich świadomość obejmuje inny zakres niż Twoja. Pojawiają się na szkoleniu gdzie prowadzący ma za zadanie czegoś ich nauczyć (a przynajmniej często tak widzi swoją rolę i mocno jest w tym postrzeganiu siebie osadzony). Uczestnicy i prowadzący chcą współpracować i wydaje się, są dokładnie kompatybilni ze sobą. Warsztat jest na temat, mieści się w ramach czasowych, zgadza się program.  Uczestnicy dają sobie informację zwrotną a prowadzący dodaje od siebie. Niekiedy jest to feedback dla uczestnika niekiedy jest to wstawka teoretyczna. Pojawiają się emocje. Nie wiadomo skąd. Daje się zaobserwować zahamowanie pracy. Przestają być aktywni ci co byli najbardziej, zaraz potem Ci co zaczynali być aktywni, ci co nie zaczęli nie zaczynają. Robi się dziwnie. Może być wiele przyczyn, ale dziś o pojemności.

Nie da się przekazać więcej niż ktoś może przyjąć. Przekonywanie, argumentowanie, pokazywanie atrakcyjnych pomocy, bądź przedłużanie wywodu może być nieskuteczne. Bo nie ma pojemności. Pojemność jako zdolność przyjmowania i przetwarzania treści z założenia służących wzrostowi kończy się przede wszystkim z powodu nadmiaru przeżyć. Nadmiaru wiedzy, nadmiaru zabaw, nadmiaru gier, ćwiczeń, slajdów. Szczególnie z powodu nadmiaru emocji. I tu w przestrzeni emocji mamy szczególną rafę. O ile zadania, gry, ćwiczenia można jeszcze jakoś policzyć i przystosować o tyle emocje dzieją się we wnętrzu ludzi. Nie mnie, prowadzącego, nie w mojej głowie, która może mogłaby je policzyć i zaprojektować, przystosować… Dzieją się w ciałach uczestników.

Jedynym sposobem na dostosowanie dawki wsparcia jest uznanie, że dziać się może i się dzieje, obserwacja tego „dziania się” i (za) przestawanie dawania przestrzeni, narzędzi, feedbacku, wsparcia innego rodzaju póki czas.

Jak powiedział mój nauczyciel. Dobrze nie zagłaskać kota.

Prowadzący dobrze by miał raczej wizję jak stworzyć przestrzeń do uczenia się tych osób. Warto by brał pod uwagę ich możliwości przyjmowania, przetwarzania, posiadanie lub nie posiadanie aparatu pojęciowego wspierającego przyjęcie nowego i korektę zachowań.

I chyba co najważniejsze dobrze byśmy byli uważni.

Uważność na siebie ( co dzieje się we mnie) uważność na zachowania osób, na zmianę „temperatury” na sali, uważność na zmiany aktywności, uważność na wzrost bądź spadek jakości wytworów grupy, uważność na głębokość wejścia w merytorykę a i też w wnętrza uczestników, uważność na… uważność na…

Te uważności mówią trenerowi ile może jeszcze zrobić. I to ona pozwala odczytać  sygnały o pojemności lub jej braku.  Nie można wlać dzbanka do szklanki. Bo się wyleje.

Autor: Bartosz Płazak

Dodaj komentarz