KONTAKT

Adres:
Gajrowskie 12a
11-510 Wydminy

Bartosz Płazak tel. 502 351 161

Obserwuj nas

Category: Bartosz Płazak

26 sierpnia, 2021 by DW 0 Comments

O wszechmocnym.

Grupa, czyli więcej niż 2 osoby.  Grupa, czyli liczebna przewaga nad jednostką.  Grupa, czyli system połączonych ze sobą elementów. Grupa, czyli żywy organizm tworzący jakąś jedność również  na poziomie abstrakcyjnym, może można by go nazwać duchowym czy energetycznym. 

Prowadzący, czyli  jednostka. Z założenia kompetentna w obszarze przekazywanej wiedzy i  prowadzenia grupy jednocześnie. Dobrze jeśli zna siebie, głęboko rozumie swoją rolę, zna swoje wartości, potrzeby, granice,  potrafi korzystać z informacji zakodowanych w własnych emocjach, umiejąca komunikować się z grupą z miłością i szacunkiem pozostając jednak przy swoim, w granicach umowy, celów, rozwojowego sensu swojej obecności.

Czy prowadzący ma jakieś szanse na przeciągnięcie grupy na swoją stronę? Czy w ogóle warto rozważać pracę z grupą w ten sposób ? Jak miałby sprawić by przyjęto jego perspektywę? Czy to w ogóle jest jego rola? Czy o to chodzi w prowadzeniu warsztatów?

Pytaj grupę.

To zaklęcie otwierające ścieżkę dostępu do tego, czego prowadzący może dokonać w obszarze merytorycznym, a także umożliwiające dobór najlepszej metody pracy z grupą. Pytać można o potrzeby merytoryczne, o zakres zagłębienia się, o czas poświęcony na zgłębianie danego zagadnienia, o sposób pracy, o poziom zadowolenia, o tempo, o oczekiwaną zmianę i dostosowanie się do grupy z tym co robię. To przechodzenie na ich stronę zwiększa szansę na otwarcie się umysłów odbiorców na twój styl i przekaz.

To grupa, jeśli nie popełnimy błędu w zauważaniu  któregoś z obszarów jej zapotrzebowania zdecyduje, być może, o przyjęciu po części tego, co niesiemy. A i tak każdy na swój sposób. 

Niestety. Prowadzący nie ma szans uzyskać  liniowego rezultatu w postaci przyjęcia, zapamiętania, uznania, posługiwania się przez Uczestników  tym co spróbuje wnieść … Niestety wciąż bywają takie oczekiwania zleceniodawców dotyczące  przeprowadzania warsztatów czy szkoleń przez trenerów.

Dla bezpieczeństwa wewnętrznego (zwłaszcza w długim terminie życia i pracy) prowadzący najlepiej żeby sobie odpuścił (puścił) ten zamysł. O ile siadasz do pracy z grupą z odpuszczonym kawałkiem zrobię coś na pewno/konkretnie/dokładnie (jako zmianę w świecie Uczestnika)  o tyle łatwiej będzie Ci się do niej zbliżyć w jakimkolwiek akceptowanym przez Uczestnika stopniu.  Będzie bowiem mniej napięcia między wami. Mniej chcesz, mniej obrony wzbudzasz.

Puść tę linę. Nie ma mocnych.

Zmiany dokonuje Uczestnik będąc członkiem Grupy.

Prowadzący ma tylko stworzyć sprzyjające warunki i pomóc.

Bartosz Płazak

15 sierpnia, 2021 by DW 0 Comments

O strukturze.

Struktura jest oparciem. Rezygnacja z niej i praca na procesie to dobry pomysł pod kilkoma warunkami. Kiedy ludzie tracą oparcie w strukturze, emocję są pewne. O ile sam prowadzący grupę ma jasność swojej roli, umiejętność pracy na procesie, umowę z uczestnikami na pracę na procesie i cel,  który może się dzięki niej zrealizować, struktura przeszkadza i należy ją porzucić. Prawa półkula rządzi. Zmieszanie wszystkiego ze wszystkim w jednym miejscu i czasie w różnorodności potrzeb, możliwości, umiejętności, komunikacji itd… Liniowe precz 😊, fuj.

Doświadczenie głębi i wartość tego, co się będzie dziać w tu i teraz na pewno będzie niezapomniane. O ile któryś z warunków nie jest spełniony, doświadczenie również będzie niezapomniane, jednak raczej będzie mieć mocno inny charakter.

Bezpieczeństwo. Kluczowe dla uczenia się (współpracy, przywództwa, osiągania wyników). Przynajmniej na początku pracy struktura, plan, cel pomagają wiedzieć jak się zachowywać, a więc obniżają poziom napięcia, lęku związanego z nową sytuacją, zadaniem, a więc podnosi bezpieczeństwo. W przestrzeni rozważań, różnic zdań, konfliktów struktura może być zbawienna dla osiągnięcia wyniku, bo porządkuje je, przekierowuje ich energię na cel. Niestety jest ona też świetnym sposobem na ukrycie głębiej położonych problemów. To jej wada i powód do pracy na otwartym procesie. Zatem prowadząc (pracę, zadanie, grupę) dobrze jest się zwracać ku strukturze po możliwości, które daje po to, by unikać nadmiaru emocji czy twórczego chaosu, kiedy ludzie angażują się, by coś osiągnąć każdy po swojemu.

Struktura może też być oparciem, szkieletem dla tego, co sama wywoła, a więc dla procesu. Ćwiczenia, bardziej otwarte w formie (bez ścisłego scenariusza, zasad, punktacji, tabel wyników, otwierające relacje, umiejętności, konfrontujące) pozwalają pracować na procesie w obrębie struktury, tak długo i tak głęboko jak pozwalają czas, miejsce, potrzeby i możliwości odbiorcy oraz cel i umiejętności prowadzącego.  Obecność struktury pozwala wracać do niej kiedy proces prowadzi zbyt daleko od celu jaki chcieliśmy osiągnąć, kiedy robi się za głęboko, kiedy poziom emocji wynikających z niejasności, która bierze się z braku struktury jest za duży dla uczestników pracy.   Struktura to bezpieczeństwo i możliwość wyboru. Warto ją mieć, by się od niej oddalać i do niej wracać.

Czym więc jest sama struktura. Słowa, które ukazują ją i rozszerzają zarazem to wizja plan, program, scenariusz, ćwiczenia, instrukcje, pytania, świadome komunikowanie się (wymienione od najwyższego poziomu abstrakcji do najgęstszego niemal uchwytnego w materii poziomu operacyjnego). Struktura to to, co czyni to co przed nami i za nami uchwytnym, bardziej możliwym do śledzenia, łatwiejszym do liniowej obserwacji. 

Wyrzekanie się struktury wydaje mi się równie niebezpieczne jak jej kurczowe trzymanie się. Brak struktury będzie obniżać bezpieczeństwo, powodować emocje, wypychać pracę z toru nastawionego na wynik, generować trudności, choć tworzy potencjał osiągania głębszego rozwoju. Trzymanie się może również powodować opór, trudności, napięcia, konflikty, robotyzację, powierzchowność, zmniejszenie powiązania pracy  z realnymi potrzebami.

Niestety struktura, żeby była skuteczna sama w sobie, ale też jako przestrzeń do pracy na procesie wymaga wiedzy. Przygotowanie struktury pracy od wizji do komunikacji ją realizującej wymaga całkiem sporo. Wymaga odwagi do kreacji wizji, zacięcia i wysiłku, by przełożyć wizję na cele, wiedzy merytorycznej, by zbudować program, kompetencji trenerskiej, by przełożyć go na scenariusz, świadomości siebie i swoich zasobów, umiejętności  przejawiania ich w komunikacji trenerskiej (liderskiej, coachingowej…) na pytania wywołujące zmianę postaw, instrukcje zapraszające do uczenia się na doświadczeniu, a wreszcie wymaga  rozumienia procesu pozwalającego połączyć te wszystkie elementy w całość. Wydaje mi się, że ludzie uciekają od dobrej struktury w niebezpieczny proces (nazywając go flow, improwizacją, przepływem, tworzeniem na gorąco, prawą półkulą, tak mam, taka jestem inaczej nie umiem, nie potrzebuję tego …), bo obawiają się wysiłku związanego z jej budowaniem. Mozolnej inwestycji w zderzanie się ze sobą na progu własnej niekompetencji.  Leszek Możdżer na koncercie na festiwalu Vibracje opowiadał jak  uczył się gam na początku swojej muzycznej drogi, jak daleko gamy jako narzędzie i struktura są od tego do czego służą. Zagrał je i  pokazał co dzięki nim może tworzyć i wykonać dziś.  By płynąć warto zacząć od struktury. By tworzyć warto mieć strukturę pracy, by ją wypełnić tworzeniem. Scenariusz, plan to rama. Nie realizuj jej jak nie chcesz. Miej możliwość jej realizacji kiedy chcesz.

Bartosz Płazak

10 sierpnia, 2021 by DW 0 Comments

O wystarczaniu.

Najlepszy, idealny, super, doskonały wspaniały, ostateczny, skończony… 

A może wystarczy: wystarczająco dobry?*

Grupy wciąż pokazują mi, że to co mam do robienia, to odpowiadać na ich potrzeby, nie przesadzać, podążać, uwzględniać. Jednocześnie, równolegle poszukują algorytmu na najlepsze, doskonałe, skończone, idealne, przynajmniej tak długo, dopóki się od tego nie uwolnią.

Rywalizacja z samym sobą, nieskończona ścieżka doskonalenia tego, co wystarczające, setek pytań, obserwacji, ulepszeń, wzmacniania, poprawiania, kolekcjonowania idealnych rozwiązań. Męcząca, wypalająca droga do tego, co nie istnieje, a może nie jest potrzebne, nawet gdyby istniało. Wywołująca rywalizację, zmęczenie, strach i złość między ludźmi walka o podium w nie wiadomo czym. Bo nie chodzi o atrakcyjność, dynamikę, dopracowanie w każdym szczególe technicznym. Wynik jest pochodną wielu czynników, najlepszy dla różnych odbiorców to różny dla różnych odbiorców. Uogólniony najlepszy – niemożliwe. Być może więc znów idzie o to, by być bliżej potrzeb tego, dla kogo to robimy (jako liderzy, trenerzy, coachowie, terapeuci, partnerzy).

Jak więc działa idealne, najlepsze, wspaniałe, niepowtarzalne, robiące najwięcej wrażenia, dopracowane tak, że nie można się do niczego przyczepić na odbiorcę? Na pewno robi wrażenie. Na pewno angażuje zmysły, wciąga.  Na pewno wywołuje ocenę nadawcy ukierunkowaną na badanie i może potwierdzanie tej wysokiej jakości. Na pewno powoduje zachwyt, docenienie.  Na pewno skupia uwagę na tym, co idealne. Być może wywołuje dysonans, efekt porównywania się, osłabia wiarę w możliwość osiągnięcia takiej biegłości, kieruje uwagę na niedościgniony wzór, zaprasza lęk przed mierzeniem się z mistrzem, zmniejsza motywację do dalszej pracy rozwojowej. Wreszcie może zapraszać też krytyczną ocenę nadmiaru i tejże doskonałości, która zajęta jest samą sobą zamiast osobami, dla których przecież ma być służebna.

Najlepsze zaprasza odbiorcę do poszukiwania wciąż tego naj. Tylko czy naprawdę jesteśmy z niego w stanie skorzystać? Przyjąć z niego to, co najlepsze? Czy obcowanie z nim wzmaga tylko oddzielanie się od tego, co jest możliwe, wypatrywanie złotego środka, by być od razu naj? Ale skoro naj rzeczywiście może nie być możliwe, to ostatecznie pozostaje cierpienie z powodu bycia nie naj. A z tego cierpienia więcej pracy, żeby to zmienić. I więcej cierpienia, że tak nie jest. Narcystyczne nastawienie na siebie, którego czas dzisiejszy jest szczególnie pełen zaprasza do niekończącego się wyniszczającego wyścigu po jeszcze coś, jeszcze coś i jeszcze coś. Coś co ma napełnić nienapełnianą dziurę po doskonałości (a może wystarczającości, akceptacji), na którą gdzieś w przeszłości nie było przestrzeni, by ją zbudować od wewnątrz. Może tę przestrzeń zajął bieg za doskonałością w przeszłych pokoleniach? Tak czy inaczej w grupach naprawdę wystarczy wystarczająco dobrze czyli blisko możliwości, bez wyścigów i pokazów doskonałości. Za to dyskretne wskazówki są mile widziane. Pod warunkiem niedotykania niekompetencji za bardzo i z nutą miłości.

Żyjąc w świecie rozdętego ego, które wciąż musi osiągać więcej by „wzrastać”, wzrostem może więc być mały wzrost. Wystarczająco dobry wzrost. Wystarczająco dobry trener, nauczyciel, rodzic, partner. Być może w tym właśnie nienadmiarze, nieprzepychu fajerwerków  doskonałości, za to w bliskości do osoby odbiorcy jest opcja nowej doskonałości. Budzik dzwoni. Czas budzenia. Wstawajmy wystarczająco już pospaliśmy, wystarczająco wcześnie wstać trzeba, by być.

*Otwarty, nieskończony, zmienialny w trakcie, nie zawierający wszystkiego, nieidealny dla każdego, bez ostatecznej wersji zaplanowanej co do sekundy, i akceptujący że są lepsze warianty.

Bartosz Płazak

7 sierpnia, 2021 by DW 0 Comments

O świętowaniu.

Jak to zrobić, by uczestnicy mogli mieć poczucie świętowania, cieszenia się, radowania z rezultatów pracy (celowo unikam słowa zabawy, czy bawienia się) pracując  z grupą, z którą jesteś umówiony na pracę (warsztat, trening, osiąganie czegoś, realizację celów)? 

W procesie rozwoju grupy jest kilka faz. Każda ma swoje prawidłowości. W każdej jest coś, co lepiej robić i coś, czego lepiej nie robić. Są też specjalne zalecenia. W pierwszej np. budujemy bezpieczeństwo i zaufanie, w drugiej wspieramy konstruktywne przechodzenie trudności, w trzeciej wzmacniamy pracę i osiąganie rezultatów, w czwartej obok tego, co w trzeciej, świętujemy i stawiamy nowe cele. I to świętowanie jest dziś tym, o czym chcę parę słów napisać.

Jak tu świętować, kiedy trzeba pracować? Przecież większość grupy chce osiągać, a świętowanie odkłada na czas wieczoru, albo w ogóle je odkłada,  a patrzy na osiąganie wartości dodanej. I cóż, słusznie, że na to patrzą. Przecież po to przychodzi się na warsztat. Inna część grupy, skądinąd przecież też słusznie, szuka przestrzeni na cieszenie się tym, co osiągnęła.

W długich cyklach jest tak samo jak w krótszych warsztatach. Przecież czas końca to czas doceniania się, radowania, uczczenia jakoś tego, czego się dokonało. Tyle, że jak cykl trwa kilka czy kilkanaście miesięcy to łatwiej jest wyodrębnić kilka godzin na świętowanie w podsumowującym go warsztacie. Zwłaszcza wieczorem. I tu zagwozdka. Wiele grup niechętnie zabiera się do tego świętowania. Jakoś coś przeszkadza. Jest zmęczenie pracą, jest rozpęd w osiąganiu, który może mówi, że tę energię raczej na pracę niż na świętowanie warto dać. Jest też smutek rozstawania się, jest wątpliwość czy impreza pójdzie, jest chęć bycia wszyscy razem, a nie wszyscy chcą, nie wszystkim się chce. Są ukryte motywy i antymotywy zabawy rodem z nierozwiązanych interakcji grupowych.  I impreza znów, jak każda grupowa aktywność, chce się podzielić na kawałki (podgrupy). Ci co tańczą, ci co gadają, ci co chcą ognisko, ci co wolą iść spać i chcą ciszę o godzinie 22. I znów czegoś brakuje. I jak zawsze wszystkim nie dogodzisz. A jak już, to tylko słuchając wszystkich głosów, a to znów godzi w przestrzeń na osiąganie i zabawę, bo przecież pachnie konfliktem 🙂 …

Czy wobec tego zarządzenie imprezy należy do prowadzącego? Czy ma wziąć odpowiedzialność za to by była? Czy powinien słuchać głosów, które zapraszają do rezygnowania z pracy na rzecz zabawy? Czy wreszcie ma zdecydować o przeniesieniu tego akcentu na zabawę, ku rozczarowaniu tych, którzy chcą pracować 🙂 ? Proces. I tak bez końca.

Dziś mam jednak inne rozwiązanie. A i ono jest trudne do zauważenia przez tych, co potrzebują się bawić. Świętowanie dla mnie jest o czymś wartościowym, jak to kiedyś bywało ze świętami. Że świętujemy pojawienie się jakiejś wartości i że świętowanie to przeżywanie jej obecności, a więc zauważanie jej i przeżywanie wzruszenia doniosłością tej obserwacji i przeżycia.

Tym samym na świętowanie jest potrzebna struktura pracy (zadanie). Takie, które zaprasza wartość, korzyść, doniosłość tego, co się wydarzyło i pomaga je zauważyć i  docenić. Wtedy mamy i pracę i świętowanie. I są wszyscy w kręgu, a trener może ją zarządzić, bo jego zadanie to stwarzanie okazji do rozwoju (czyli dawanie pracy), a w ostatniej fazie pracy grupy jest miejsce, potrzeba, a nawet konieczność świętowania. No  i unikam też procesu i konfliktu w tym doniosłym momencie pracy grupy.

Dobrze, by do tego miejsca (ćwiczenia, zauważenia wartości) była jakaś droga, o zauważalnym wysiłku do zrobienia. Wtedy święto zwiększa swoją moc. I jest większe. Kocham świętować zakończenie grup HST. W tym ostatnim dniu ostatniego warsztatu widać bowiem jak wiele dokonaliśmy wspólnie, jak wiele Uczestnicy wypracowali dla Siebie, jak głęboko widzą siebie samych i innych, a także siebie w roli prowadzącego i sens pracy z grupami. To naprawdę wielkie święto i warto na niego czekać, trudzić się, pracować i jechać kawał drogi. To Podróż Bohatera. Przy tym, wzruszeni najczęściej do łez śmiejemy się też głośno, patrząc na siebie lekko, otwarcie i pięknie. Wiemy że to koniec i początek, wiemy, że to święto.

Bartosz Płazak

1 lipca, 2021 by DW 0 Comments

O porządku.

Dylemat jest. Bo przecież mowa w tej pracy o miłości (jako postawie wobec drugiej osoby), współczuciu, o zauważaniu, o  dbaniu o potrzeby, o byciu dla uczestnika.

Kiedy zatrzymuję się nad poszukiwaniem głębszej warstwy, odnajdywaniem prawdy kryjącej się za zasłoną burzliwej dyskusji, bywa, że słyszę , że nie trzeba. Bo tak jest fajnie, wystarczająco i po co się zagrzebywać. Nuta prawdy jest.  Jednak jest też porządek w tle, na który się umówiliśmy, umawiając się na osiąganie celów. Ja słyszę jak ten porządek z tła mówi wróćcie do mnie…  Jest też dziwne pole wokół takich zdarzeń. Jakby niechętnie się zajmujemy tym czym się zajmujemy, a z pozoru zaangażowani jesteśmy.  Może nie widzimy sensu? Związku z celem? A może go nie ma? Jestem wciąż zdania, że poczucie sensu pracy z grupą leży blisko celu warsztatu. Sens mogą mieć też inne rzeczy (interpersonalna, odkrycia wewnętrzne, wymiana wokół tematu, wspólnota, radość bycia czy nawet konfliktowanie się  w słusznej sprawie).  One jednak i ich sens mają mieć miejsce na drugim planie, za celem. Taki widzę porządek. I się go trzymam. Z reguły niezależenie od tego czy to godziny, dni czy miesiące pracy, ilość osób zauważających wartość tego porządku rośnie względem początku.

Poruszanie się w kierunku porządku, mimo wchodzenia w procesy grupowe, procesy indywidualne, wątki merytoryczne budujące całość wyniku jest moim przewodnikiem. I to z tego miejsca odpowiadam na pytanie: skąd wiesz co robić, a czego nie? Zajmuje to trochę czasu żeby się poukładać w sobie do jasności. Jest to też proces bardzo rozwojowy.  Polecam. Najlepiej służy temu wielość grup i ilość czasu spędzonego na prowadzeniu warsztatów. Ilość i jakość dylematów jakie przyjdzie rozwiązać jest bowiem tak duża, że nie sposób nie osadzić się w sobie i w kontakcie z celami, nie sposób nie nauczyć się odróżniać tego co ma sens i wartość, od tego co ich nie ma.

Trzymanie porządku jest więc energochłonne na początku. Czym jednak bliżej siebie jestem i czym bliżej jasności tego, że to ja prowadzę i że nie ma idealnego wariantu warsztatu, że mam jakiś styl i łączę ze sobą to co miękkie, ulotne, z tym co twarde i konkretne, tym łatwiej mi wiedzieć dokąd prowadzę i jakim narzędziem  to w danym momencie zrobić. A stąd już tylko krok do trafnych interwencji, instrukcji, analiz, podsumowań, konfrontacji, wzmocnień, uogólnień, zbliżania się i oddalania w swobodzie własnych decyzji.

Po jakimś czasie praktyki przyszedł też porządek działania i niedziałania. O ile niedziałanie służy temu na co się umawiamy, to najlepiej nie działajmy. Wu wej, róbmy tylko to, co najbardziej potrzebne. Odsuńmy to co zbędne, skupmy się nad tym co nas przyciąga, co daje poczucie wzrostu i sensu, skupmy się nad tym, żeby to co robimy możliwie każdemu uczestnikowi z osobna przynosiło wartość dla niego najlepiej podaną, strawną, zakomunikowaną, przez niego zaimplementowaną.

Za nim pojawiła się akceptacja tego, co ludzie w lęku robią, co ma często dość trudne oblicze. Sposoby reagowania, przeprowadzania przez trudności, uspokajania sytuacji czy też omijania tego co ryzykowne przychodzą same kiedy przewodnikiem (porządkiem)  zaczyna być współczucie, miłość, akceptacja tego co inne. Porządek celu i sensu warto trzymać z tego miejsca. Wtedy łatwiej jest wszystkim, osiąganie i nieosiąganie jest po prostu wyborem, a współuczestnictwo i bliskość mają łatwiejszą ścieżkę do zaistnienia w grupie.

Dalej przyszła prostota nieociosanego kloca, taoistycznego Pu. Więc kiedy mogę być jaki jestem w sobie, inni mogą też być bardziej. Chodzi o to, by wspierać realizację bieżącego celu i to co celem jest zawsze w pracy warsztatowej, czyli wzmacnianie osób. Kiedy ja mogę być sobą, Tobie też może być łatwiej Uczestniku. Porządek bycia jakim jestem, Pu-szcza. Puszczanie zatem jest kolejnym porządkiem. Lubię go coraz bardziej. Okazuje się na przykład, że ludzie wcale nie potrzebują takiego porządku w przedmiotach na sali pracy jakby się mogło wydawać w jakimś profesjonalnym ujęciu. Bardziej potrzebują czuć się swobodnie. A temu nadmiar napinki na ułożone elegancko poduszki i kocyki nie służy 😉 Więc porządek nieociosania wzmacnia od-puszczanie.  Ono  z kolei wzmacnia osiąganie celów. (Może) jak się ludzie wyluzują to im łatwiej? 

Porządkuj Się, znaj swój porządek, buduj nowy porządek, kłaniaj się staremu, bo tu Cię przyprowadził.

Bartosz Płazak

30 czerwca, 2021 by DW 0 Comments

Różna praca na różne okazje.

Z grupą powinno się bardziej wykładowo, na doświadczeniu, wolniej, szybciej, zdecydowanie, podawczo, facylitująco, nie  trzeba tyle gadać, nie można tylko ćwiczyć…

Pracuję różnie. Z tą samą grupą rano powoli, a później szybko, albo odwrotnie. Z tą samą grupą zwalniam pracę tak bardzo, że niektórzy już nie mogą usiedzieć. Z tą samą grupą robię szybkie dynamiczne zadania, powierzchowne analizy, a chwilę potem wchodzimy w głęboki wgląd w siebie w oparciu o krótkie zdarzenie… Więc o co chodzi z tym „z grupą powinno się pracować jakoś…” ?

Grupy mają zróżnicowane możliwości. Zależy to od wielu czynników, a prowadzący może je widzieć albo nie, a to z kolei zależy od możliwości prowadzącego. Może nie widzieć i nic się nie stanie jak poprowadzi po prostu zgodnie z planem i po swojemu. A może to mieć znaczący wpływ co zrobi i może stać się coś niedobrego, trudnego albo uczestnicy niewiele się nauczą. Najlepiej jeśli prowadzący na swoją pracę uzyskuje feedback – uff o to chodziło teraz, i na nim polega. Ulga i potwierdzenie, że to co daje,  to to co potrzebne i możliwe do przyjęcia jednocześnie.

Obserwacja grupy, pytanie grupy, wcześniejsze badania potrzeb, proponowanie zadań pozwalających uzyskać informacje o gotowości grupy do pracy (merytorycznej, aktywizującej, na procesie, w stronę doświadczenia własnego, na dostarczonej strukturze) itp. pozwalają dostosować wybieraną formę do możliwości i oczekiwań i to zadanie trenera. Oferowanie w kolejnym kroku czegoś, co pozwala grupie pracować na optymalnym poziomie, a później czegoś innego, bardziej zaawansowanego, to również zadanie trenera.

Szczególne miejsce w tym zakresie zajmuje poziom kompetencji grupy. O ile jest to grupa na poziomie początkującym merytorycznie, albo początkująca z twoim sposobem pracy, warto pracować bardziej małymi krokami, może bardziej podawczo. Pomimo ogólnego kierunku na pracę na doświadczeniu i pracę opartą o zaangażowanie grupy. Osoby początkujące oczekują i potrzebują wyposażenia, by iść dalej, by się zaangażować, by zaufać prowadzącemu. Próba pracy angażującej podjęta zbyt wcześnie, za głęboko, w zbyt dużych porcjach może budzić opór.

Czym dalej w poziomie kompetencji i motywacji do pracy, tym dalej od pracy podawczej. W grupach bardziej zaawansowanych praca podawcza może budzić opór. Lepiej przyjęta będzie tu angażująca praca na doświadczeniu umożliwiająca wnoszenie zasobów uczestników i poszukiwania dokładnie im potrzebnych treści.

W grupach zaawansowanych, w długich cyklach, kiedy pojawia się temat, który jest nowy, obok doświadczania, aktywnej pracy, które grupa oczekuje, warto zajmować czas i miejsce merytoryką nowego tematu. Uczestnicy mogą nie zdawać sobie sprawy z tego ile nie wiedzą w tym, co nowe, brak zaspokojenia ich oczekiwania aktywizacji, pracy wspólnej, aktywnego ćwiczenia jest wtedy „kosztem” wniesienia nowego materiału. Feedback pokaże czy było warto.

Grupa może potrzebować Cię jako eksperta, wykładowcy, trenera, facylitatora i może się to zmieniać w ciągu bardzo krótkiego czasu podczas warsztatu. Może też potrzebować Cię dłużej w jednej roli niż Ty wolisz. Patrz, czuj, słuchaj. Cel jaki ma osiągnąć oraz poziom możliwości przyjmowania przekazu niech będą tym co Cię prowadzi. 

Prawdopodobnie nie ma takiego sposobu pracy, który by był dobry. Miej własny styl, łącz różne sposoby różnie. Przede wszystkim jednak patrz na to, co potrzebne uczestnikom, co mogą przyswoić i ile. Do tego dostosuj swój pomysł na rodzaj pracy i zakres merytoryczny warsztatu.

Powodzenia 🙂

Bartosz Płazak

30 czerwca, 2021 by DW 0 Comments

O milczeniu.

Legendarne milczenie w pracy z grupą. Oni milczą a prowadzący ma problem. Często tak się może wydawać. Może jednak wcale nie, po prostu skończyło się paliwo do pracy na ten temat, może nie ma dostatecznego bezpieczeństwa, zaufania, wspólnoty by powiedzieć wprost, że ktoś (prowadzący) robi coś, co nie jest za bardzo chciane, albo ktoś czegoś potrzebuje innego niż to, co się dzieje? Może to potrzeba odpoczynku, która trochę nie umie się zaznaczyć inaczej, po prostu nie mamy już siły na to co proponujesz, ale nie umiemy tego wyrazić bo cię szanujemy, cenimy i nie chcemy się narazić (ale to też o bezpieczeństwie przecież)…

Nie o tej ciszy ma być.

Są takie chwile warsztatowe, kiedy najlepszym jest po prostu milczeć. Pomimo jasności, albo chociaż z pewnością graniczącej  fantazji na temat tego, co się dzieje i jaka interwencja mogłaby zadziałać.

Milczeć ma kilka form. Nie odpowiedzieć, nie usłyszeć, zauważyć i mimo to nie odpowiedzieć, przejść dalej, milczeć otwarcie, nic nie robiąc i nie odpowiadając, robić coś, co ktoś próbuje przerwać dalej, skierować uwagę na coś/kogoś innego, zadać pytanie na pytanie nie odpowiadając, powiedzieć sentencję pozornie bez związku… To nic jest naprawdę cudotwórcze. Kiedy w  grupie dzieje się coś, co działo się już wiele razy, albo coś czego otwarte podjęcie grozi rozlaniem się tego na całość grupy, co mogłoby trwać dłużej niż możemy temu dać czas, albo coś co chce być na inny temat, wreszcie w grupie jest ktoś, kto przeżywa swój wewnętrzny proces/kłopot i wyrazy tego przeżywania są uciążliwe,  ale nie destrukcyjne, nie masz czasu, nie masz siły, grupa ma dość tego, co oczekuje na odpowiedź… Milcz. I pokaż, że to wybierasz. Nie dawaj temu energii, uwagi. Zostaw to, co jest, by zaschło.

Oczywiście może się to nie podobać. Raczej na pewno nie spodoba się temu, co potrzebuje Twojej uwagi. Warto jednak patrzeć na szerszą perspektywę. Co najmniej grupową. Może jeszcze szerszą. Organizacji, grupy społecznej, środowiska, ekologiczną,  świata, może perspektywę uczenia się, może emocjonalną, może świadomościową, może możliwość zrozumienia czegokolwiek z tej sytuacji przez innych uczestników (albo nie), może perspektywę możliwych błędów i interpretacji (kiedy zabiorę jednak głos). Niekiedy nie warto prostować, poprawiać, wyjaśniać, wnosić nic więcej dobrego. Nie warto też podejmować wysiłku, by się zachować akuratnie.

Niekiedy więc lepiej pozostawić niedopowiedzenie, niejasność, niedobór. Również dlatego, że taka otwarta struktura ma to do siebie, że pracuje dalej wewnątrz. Nieodpowiedziane pytanie domaga się odpowiedzi i zaprasza umysł pytającego do samodzielnych poszukiwań. A kiedy dialog się odbywa tam wewnątrz, trochę trudniej uciekać od jej przyjęcia. Więc praca i tak się odbywa. Prawdopodobnie  w najlepszym czasie i w najlepszym zakresie. Warto milczeć niekiedy 🙂

Bartosz Płazak

26 października, 2020 by DW 0 Comments

Zmiennokształtność

Oczekiwania, przekonania, doświadczenia, interpretacje.  Kiedy ludzie siedzą w kręgu obserwując twoją pracę patrzą na Ciebie przez swój filtr. Nie tylko patrzą co się teraz  dzieje, co robisz, co dajesz, kim jesteś w  tej chwili. Widzą więcej. Widzą to co będzie za chwilę. No, może trochę widzą a więcej im się wydaje… A może raczej oczekują tego czy tamtego, żeby czuć się dobrze czy bezpiecznie.  Cokolwiek by to było, pochodzi od nich. Może to jednocześnie być zgodne z tym co chcesz dalej powiedzieć i wtedy trafiasz w ich oczekiwania, przekonania, budujesz poczucie bezpieczeństwa. O ile nie trafiasz, może być trudniej. Może spotkasz się z jawnymi deklaracjami niezadowolenia, może z cichym oporem, może z brakiem aktywności, może ze zmniejszeniem poziomu współpracy. Może ktoś napisze Ci coś w ankiecie, może o Tobie albo o krzesłach, że były niewygodne. 

Kiedy zdajesz sobie z tego sprawę i zależy Ci na rozwoju Twojej grupy/rozwoju uczestnika to łatwo o taki skrót, żeby dawać z siebie to co jest oczekiwane z tamtej strony, to co jest potrzebne. Bo na pewno będzie to budzić zadowolenie. W świecie sprzedaży, wyniku i  dochodu, a także co tu wiele gadać pracy dla pieniędzy jednak, zadowolenie jest ważne. Wpływa na opinię,  opinia zachęca klientów itp.  Ma jednak dbanie o zadowolenie swoją drugą stronę.  Może być pułapką wygody. Może prowadzić do mniejszego rezultatu rozwojowego uczestników Twojej grupy.  Jak więc tam nie pójść i jednocześnie o to zadbać by zadowolenie było? Co jest po drugiej stronie? 

Kiedy robię swoje zauważając oczekiwania, potrzeby, doświadczenia, interpretacje uczestników mojego warsztatu często rodzi się napięcie. Oczywiście. Nie każdemu się podoba to co mówię, robię proponuję, jak reaguję, czego nie robię i czego odmawiam. Nie ma mowy, żeby się wszystkimi podobało. Oczywiste? No może na głowę. Ale kiedy jesteś na środku dużo się dzieje i ocena sytuacji bywa trudna.  Moje zachowania są różne. Nie zawsze kieruję się tym co akurat osobiście wolałbym zrobić. Najczęściej kieruję się wiązką celów, z których najważniejszym jest zawsze cel osoby/grupy, ten związany z celem warsztatu (to co chce i może osiągnąć osoba w temacie). W dalszej kolejności są sytuacje trudne, dalej jest scenariusz. Obserwując grupę reaguję jednak na proces, sam w nim będąc, reguluję wspierające i niewspierające cel/proces zachowania swoim zachowaniem. To nie znaczy od razu interwencją w rozumieniu porządkowania, otwartego nazywania. To znaczy często brakiem uwagi. Może też  uśmiechem, odpowiedzią, pytaniem, żartem, zainteresowaniem, zagajeniem, daniem odpowiedzi przez salę do wszystkich… Pewnie nie jeden z uczestników, którzy obserwują tę pracę przez swój i tylko swój filtr, ma problem z przyporządkowaniem moich zachowań do czegoś co sam rejestruje.  Niekiedy robię coś tylko dla siebie. Innym razem po prostu staję przeciw wszystkiemu co się wydaje potrzebne.  Obserwuję a bywa, że dowiaduję się o tym, że moje zachowanie było wnoszące, uczące, świeże, że interwencja przyniosła ulgę, otworzyła jakąś możliwość, że nie podobała się też ale wnosiła, uwrażliwiała ale powodowała emocje.  Nie jestem przewidywalny za bardzo. Choć  z lotu ptaka dokładnie widać czego nie robię nigdy, co powtarzam, czego bronię a co gaszę. Ale albo w czymś jesteś albo to obserwujesz. Myślę, że część uczestników nie dekoduje tej zmiennokształtności, choć ją zauważa.  Arnold Mindell nazywa to zachowanie zmiennokształtnością, za Carlosem Castanedą.  Zmiennokształtność ma coś z nieuchwytności.  O ile wiesz co chcesz osiągnąć, możesz to zrobić na wiele sposobów, jeśli sobie pozwolisz na tę zmienność. Ona z kolei ochroni Cię przed wpadnięciem w liniowe, przewidywalne tory, z których gdybyś wypadł to na pewno dostaniesz trudny feedback. Lepiej od początku być zmiennokształtnym.  Słowo to użyte w znaczeniu posługiwania się różnymi umiejętnościami, aspektami siebie,  improwizacji, zabawy zmienianiem się jakby w  kogoś innego na moment. W narracji Arnolda Mindella chodzi o nie dawanie sobą kierować przez klienta. Pozostawanie przy sobie w różnych formach  tak by osiągać w pracy z klientem najlepszy dla niego rezultat.

Bartosz Płazak

25 października, 2020 by DW 0 Comments

Śviat VUCA. Świat dorosłości, świat procesu

Szybkość, zmienność, nieprzewidywalność cechują  dziś nasze środowisko życia. Liniowe algorytmy działania oparte na akademickiej wiedzy i doświadczeniu przeszłych pokoleń coraz trudniej  zastosować, by dobrze żyć. Wielu  z nas zauważa to i doświadcza tego.  Wielu szuka swojej ścieżki. 

Świat rozwojowy od dłuższej chwili przywołuje model VUCA, który pochodzi z U. S. Army War College i  opisuje rzeczywistość  i reagowanie na nią w dzisiejszych czasach, by wygrać albo chociaż przetrwać w skali makro – to mają przed oczami wojskowi . Sam model jest warty uwagi, bo ujmuje  zgrabnie w czterech słowach diagnozę rzeczywistości i odpowiedź na nią też w czterech.  Zauważam go więc i biorę sobie do rozważania. Piszę o nim, bo widzę też jego zastosowanie w codzienności (zwłaszcza teraz) i w pracy z grupą.

VUCA, akronim od słów:  zmienność (volatility), niepewność (uncertainty), złożoność (complexity) oraz niejednoznaczność (ambiguity).

Zmienność, a mam ochotę napisać – codzienność. Przepisy, kolory stref, zmiany zasad uczenia się w szkołach, niemożność spotykania się, zmiany decyzji decydentów, uczestników szkoleń, śnieg w lecie i lato w zimie. Chaotyczne zmiany, które burzą dotychczasowe plany, zamiary, uderzają w nadzieje, wywołują emocje, przekreślają  albo podważają to na co czekaliśmy. Chwieją naszą postawą zwycięzcy, albo przynajmniej tego co zachowa to, co ma. Pytanie: jak sobie radzić, o co się oprzeć, jak podejmować decyzje, skąd czerpać energię?

Niepewność  i znów … codzienność.  Efekt domina. Pierwsza kostka przewraca się, bo są zmiany bieżące. Wiele kostek w wielu ustawieniach, w wielu miejscach dla wielu ludzi w wielu krajach, krzyk w mediach i dotykające mnie na co dzień pytania bez odpowiedzi sprawiają, że czuję się niepewnie.  Reguły są pełne usterek, kolejność zdarzeń przestała być powtarzalna, odstępstwa, wyjątki i zapisy drobnym drukiem. Rząd drukuje pieniądze choć wiemy czym to grozi, lekarze nie leczą bo się boją i mają zakaz. Nawet jeśli to nie cała prawda, kiedy to widzę moja pewność się kurczy. Pytanie: skąd wsparcie, w czym oparcie, skąd wiedza i rozumienie jako fundament decyzji, skąd energia by trwać przy sobie ?

Złożoność, czyli codzienność ? Kiedy zauważam, ile nowych, płynnych, nakładających się na siebie informacji, plotek, wymogów, osób oczekujących na mój czas w różnych obszarach aktywności mojej i czyjejś trudno mi decydować, co jest ważniejsze, od czego zacząć, co z czego wynika. Trudno o jednoznaczne przesłanki w pracy, życiu, decyzjach.

Niejednoznaczność, czyli codzienność ? Wiele osób mówi na ten sam temat różnie i z pełną pewnością siebie. Fejsbuk pełen kłótni, pouczania, małych wojenek, dobrych intencji. Gdy się przyjrzeć każdy piszę po prostu ze swojej własnej perspektywy, przekonany że ma rację i że jest to ważne by to akurat powiedzieć. Nakładanie się różnych treści mówiących na ten sam temat,  ograniczony czas na wniknięcie w ich znaczenie i na sprawdzanie oznacza działanie w sytuacji ograniczonej percepcji, decydowanie w stanie „nie wiem, czego nie wiem”.

Jakże ten model, w tej części definiującej moje położenie przypomina pracę na procesie. W  zmienności  o niezwykłym tempie zmian zachowań, emocji, relacji, w niepewności tego co członkowie grupy wniosą, jakie emocje to w nich wywoła, w złożoności przyczyn i niejednoznaczności celów ich zachowań. Ot, proces w rozwijającej się grupie treningowej. W warunkach ogólnie założonego celu, poruszam się w oparciu o siebie, popełniam błędy, mylę się, uczę, polegam na grupie, która współdziała, jest w kontakcie, dialogu, wreszcie wracam do swojej wizji końca treningu, wizji siebie jako prowadzącego, wizji tego co ma trening dać uczestnikom.  A może jeśli popatrzeć chwilę głębiej to VUCA mówi o tym, w jakich warunkach na co dzień żyję? Tylko ja tego tak nie nazywam? Nie używam tych słów, ale przecież widzę to co one oznaczają codziennie w swoim życiu.

W modelu VUCA na każdy element tego co dziś jest wyzwaniem, ładnie to nazywając, a może trudnością, czy może właściwością codzienności , są odpowiedzi. 

W obliczu zmienności trzymaj się wizji. Słusznie. Trzeba jednak najpierw ją mieć. W warunkach pracy w państwie, korporacji, małej firmy zarządzanych opiekuńczo, czytaj patriarchalnie, to raczej ktoś ją miał. Często praca oznaczała realizację czyjejś wizji i często też polegała jedynie na jej realizacji. Wymaga to pracy, by nagle z zaopiekowanego wykonawcy przejść do roli wizjonera a później znów do wykonawcy. Sporo pracy a jednak możliwe. Trzeba też  popracować, żeby się poznać,  bo mieć wizję to jedno a  się jej trzymać w warunkach trudnych to co innego. Warto poznać swoich wewnętrznych wrogów. Strach, paplający umysł, krytyka i tych co na zewnątrz.  Będzie łatwiej o wizję, która jest antidotum na zmienność. Ciągnie jak koń po pagórach zmieniających się warunków.

Na niepewność odpowiadaj wspólnotą, która niesie dialog, wymianę, współpracę, partnerstwo i oparcie. O,  prawda.  Pięknie powiedzieć. Po tylu latach namawiania do niezależności, oddzielania się, indywidualizmu i osiągania sukcesów w pojedynkę, pracy po godzinach w samotności. Rzeczywiście fajnie polegać na wspólnocie, rodzinie, bliskich osobach. A kto uczył się w szkołach budowania relacji, mówienia o emocjach, stawiania granic, proszenia, odmawiania itp.? Mam wrażenie, że nieliczni. A wspólnota, ta dobrowolna, potrzebuje jakości relacji.  I na pewno jest lekarstwem na niepewność.

Złożoność : podejmuj decyzje na bazie wystarczającej ilości danych. W moim tłumaczeniu to znaczy nie wszystkich danych. To również znaczy na bazie intuicji i to znaczy też po prostu dorośle, (dorośnij), bo nigdy przecież nie ma dostatecznej ilości danych, żeby było całkiem na pewno. Z resztą „całkiem na pewno” nie istnieje.  I tu znów się zgadzam z VUCA. Wystarczająco dobra matka, ojciec, wystarczająco dobry mężczyzna , dobra kobieta zamiast doskonałej/go. Osiąganie tego, co doskonałe zawsze wiązało się z nerwicą. Teraz już wiadomo, że można nie osiągać. Uff.  Nawet tak będzie lepiej. Ba” nie osiąganie” jest doskonałością. Lepiej bowiem mieć warsztat on Line i poprowadzić go ku korzyściom wszystkich niż chcieć więcej i ryzykować spotkanie (w czasach kowid). Próbowanie , kierowanie lecącym pociskiem jest lepsze niż nie strzelanie wcale. Choć można nie trafić. Niedoskonałość zaczyna być akceptowalna a nawet w cenie.

Niejednoznaczność: tu model wojskowych przynosi uwaga: otwartość na popełnianie błędów, akceptację ryzyka, działanie poza strefą komfortu. Uff. Nareszcie. Poza strefą komfortu jestem zawsze i nawet to lubię. To moja strefa komfortu. Ryzyko akceptuję. Błędy popełniam. To znaczy ze mną wszystko ok. J Jednak praca na procesie, a może już raczej życie na procesie dało mi sporą wyprawkę na te czasy. Jednak domyślam się, że dla osób, którym przyświecało chronienie się od tychże będzie ciężko.  To wielkie wyzwania. To poleganie na sobie i brak algorytmu, procedury. Brak, bo i tak trzeba by je było w kółko zmieniać. Czas korzystać z siebie.

Mam dziwne wrażenie, że ten model VUCA mówi żebyśmy odwoływali się do tego co miękkie w nas, do serca, do wspólnoty, do uczenia się (czytaj rozwijania się). Mija czas betonu procedur, nadchodzi  więcej człowieka. Jednocześnie zauważam, że teraz kiedy VUCA przyszła z wojska i ma stamtąd moc, ludzie jakoś chcą jej słuchać. Ale czy ona nie jest po prostu o dorosłości?  Wizja, ryzyko, błędy, uczenie się, poleganie na innych, decydowanie w zmienności i niepewności… jak na moje oko codzienność… Poza schematem. Ładuj, pal, cel. Cel się rusza.

Czyż zatem w całości nie układa się to w elastyczność i poleganie na sobie? Czyżbyśmy rezygnowali z kontroli na rzecz działania w ogóle?  Jak teraz tabelka profesjonalisty będzie się zgadzać, jeśli przyjdzie może zrezygnować z perfekcji na rzecz wystarczając ości, z całości na rzecz części, z wszystkiego na rzecz trochę? Bo po drugiej stronie będzie nic? Czy to nie są czasy, w których VUCA będąca wytworem wojny umysłów o więcej, przynosi tymże umysłom przed oczy kres ich wydolności? Czy to nie czasy na intuicję, serce, poleganie, zależność ? Zamiast myślenia, algorytmu, indywidualizmu i niezależności. Czy aby nie trzeba będzie rezygnować z ilości na rzecz przetrwania zamiaru?  Tylko pytam, nic nie wiem. Żyję przecież w świecie VUCA.

PS.

Obyście żyli w ciekawych czasach, mówi Chińskie przysłowie, czy też jak niektórzy mówią przekleństwo.  

Wybieram  doceniać to, co mam zamiast patrzeć na to, czego nie dostaję. Przede mną dalszy proces, potrzebuję siebie w możliwie najlepszej kondycji fizycznej i świadomości.

Bartosz Płazak