KONTAKT

Adres:
Gajrowskie 12a
11-510 Wydminy

Bartosz Płazak tel. 502 351 161

Obserwuj nas

Category: Bartosz Płazak

30 września, 2020 by DW 0 Comments

Praca z grupą. Dyskusja.

Ludzie na różnych forach pytają się  nawzajem o narzędzia pracy z grupą. Najlepiej takie, żeby dobrze działały. Najlepiej takie, by za ich pomocą Uczestnicy mogli możliwie dużo się nauczyć. Najlepiej takie, żeby ich zastosowanie wywoływało efekt Wow. Najlepiej takie, które są nowe, nieznane,  sprawią, że prowadzone przez nich szkolenie będzie świetnie odebrane.

Dyskusja wydawać się może prosta do poprowadzenia. Prowadzący dyskusję w dobrze pracującej grupie jest właściwie niepotrzebny… Wystarczy zadać pytanie…  Być może dlatego łatwo odsunąć pomysł uczenia się prowadzenia dyskusji. A co tam, jakoś będzie, ludzie coś powiedzą…  Warsztaty pracy z grupą pokazują jednak, że prowadzenie dyskusji bez pomysłu i treningu rzadko się udaje. Bez treningu,  bez wniknięcia w jej  istotę dyskusja to zadanie wymagające dla prowadzącego. Kiedy przychodzi odnaleźć tę ulotną ścieżkę prowadzenia grupy, na środku, w tu i teraz, przy nie dającym się przewidzieć toku zdarzeń, chętną czy przy mniej chętnej grupie… Wyzwanie. Na poziomie wiedzy jak to się robi, radzenia sobie z emocjami  własnymi i uczestników, realizacji celów jakie dyskusja ma przynieść. Lista narzędzi komunikacji jakie stosujemy w trakcie prowadzenia dyskusji jest długa. Pytania, parafrazy, odzwierciedlenia, wzmacnianie, wyciszanie, dzielenie się, łączenie, wiązanie, poszukiwania, podsumowania…  Do tego subtelności głosu, ruchu, tempa, pauzy, ciszy, kierowania, zapraszania, zatrzymywania, łączenia, dzielenia, wyjaśniania, opóźniania, przyspieszania, uwalniania, pracy z jednostką, podgrupą, koalicją, konfliktem, trudnością, procesem, sobą samym. Wreszcie warianty dyskusji, jej cele, funkcje w warsztacie… Dyskusja jest przestrzenią okazania zainteresowania, słuchania, różnienia się, dawania wsparcia, budowania relacji, ukazywania siebie innym,  obserwowania się wśród innych, samoobserwacji. Dyskusja jest czasem wymiany wiedzy, poglądów, refleksji, budowania nowej wiedzy, tworzenia uogólnień, dowiadywania się jak żyć, pracować, działać, nie działać. Pozwala więc budować grupę,  przygotowywać, zachęcać, motywować uczestników do uczenia się.  To wielkie narzędzie, wow.

Dyskusja pozwala na pracę z grupą i może zastąpić narzędzia, te tak poszukiwane. Ktoś powie będzie nudno… Oczywiście. Może być, o ile nie wyłuskamy ich i nie spojrzymy na potrzeby uczestnika. Wejście jednak z ciekawością, w prawdzie, w to, co chcą uzyskać uczestnicy, jakie mają problemy, co mają do powiedzenia,  sprawia, że może być ona bardzo żywa, energetyczna, i można bardzo wiele osiągnąć przy pomocy dyskusji.  Dyskusja jest stara jak świat, może przez to zniechęca tych, którzy szukają nowego. Dyskusja zaprasza, a nawet zmusza do kontaktu. Niestety, dzisiaj preferowane są sposoby ułatwiania (przyspieszania) sobie życia, szybkiego załatwiania, mieszczenia wielu celów w krótszym czasie… Kontakt, budujący dyskusję bywa czasochłonny, budowanie relacji, docieranie się boli, ociera, a niekiedy odziera z iluzji – budzi więc strach. Dodaje energii, ekscytuje, wciąga i niepokoi. Dyskusja to co innego niż praca oparta na zaprojektowanych  grach, zabawach, mających strukturę,  scenariusz. I w nich wydarza się dużo dobrego. Ich struktura, zasady,  jest jednak przestrzenią ukrywania się głębszych poglądów uczestników. O tyle więc są one bezpieczniejsze, a dyskusja bardziej zagrażająca, nieobliczalna. 

Dyskusja jest naga. Jest taka jaka jest. Nie ma struktury ani regulaminu. Możesz wejść z tym, co masz. Zaryzykować. Dyskusja nagradza za aktywność bodźcami rozwojowymi, to nie znaczy głaskami tylko.  Możesz też nie wejść, słuchać i też się nauczysz obserwując innych. Aktywność wewnętrzna to też aktywność. Dyskusja porusza wszystkich obecnych.

Dyskusja to przestrzeń poznawania potrzeb i możliwości uczestników poprzez słuchanie wypowiedzi pojedynczych osób i tych fragmentów w których ludzie mówią do siebie nawzajem, kiedy prowadzący może pomagać im zgłębiać siebie nawzajem, ujawniać się i ciekawić nawzajem. Kiedy spotykają się ze samoświadomością, trafiają na progi, stawiają granice, ukazują swoje mocne i słabe strony dyskusja jest przestrzenią na wzajemne uczenie się i wspieranie uczestników a dla prowadzącego na towarzyszenie.

Dyskusja to przestrzeń  budowania bezpieczeństwa, zaufania i podążania za potrzebami i możliwościami grupy, to możliwość ukazania przez prowadzącego, że jest dla swoich uczestników, że dysponuje czymś, czym jest gotów się podzielić będąc w kontakcie z nimi, stykając się z ich światem w tu i teraz. Dyskusja to przestrzeń w której rodzi się otwartość kiedy ludzie się przestają obawiać tego, że się różnią. Poza scenariuszem, grą, zabawą, w dorosłej decyzji o uczestnictwie.

Dyskusja to przestrzeń, w której ujawnia się i przebiega proces rozwoju grupy. O ile prowadzący chce i umie pomagać uczestnikom pokonywać kolejne bariery uzewnętrzniania się, bycia jakimi są, akceptowania się nawzajem, dyskusja może być bardzo wyzwalającym narzędziem rozwojowym. Czym więcej przejdziecie w niej trudności, konfliktów, różnic, pokonacie przeszkody rozumu i ego, tym większą nagrodą może być bliskość w relacjach,  wolność jednostki w grupie, współpraca, spójność i zwartość grupy a co za tym idzie lepsza przestrzeń do uczenia się dalej. 

Dyskusja to narzędziem bez narzędzia (struktury, scenariusza). Może się pojawiać wiele razy w trakcie warsztatu. Ma wiele funkcji (wprowadzenie, omówienie, podsumowanie, regulowanie). Czy jest narzędziem doskonałym (?). Jest przecież tylko (aż) rozmową w grupie osób. O ile prowadzący umie ją prowadzić, inne narzędzia mogą nie być mu potrzebne, by pracować z grupą i z satysfakcją. Może nawet z efektem Wow. Drapanie się po głowie przez część uczestników może być sygnałem rodzącego się w nich pytania jak prowadzący(a)  to zrobił(a), że tyle jest znaczenia, a tak mało fajerwerków…?

Bartosz Płazak

28 września, 2020 by DW 0 Comments

Dobro_wolność. Włącz wolność, by pojawiło się dobro.

Jak sprawić, by chciało im się pracować? Jak to się robi, by nie było oporu?  Jak się zachować, by nie było trudności? Co zrobić, by robili to, co w scenariuszu, zamiarze, pomyśle, moim – prowadzącego? Jak działać, by zdarzyło się to, co chce ten, który zamawia warsztat, albo działo się tak, by uczestnicy osiągnęli te wyniki, które chcą (deklarują, że chcą)?

To pytania, które niemal same chcą się zadać przed pracą z grupą. Kłębią się i wiercą. Praca z grupą jest jak wycieczka w góry. Piękne widoki, pod warunkiem, że pogoda będzie dobra. Dobre wrażenia pod warunkiem , że pójdziemy dobrym szlakiem, nie zgubimy go i wybierzemy właściwy dla siebie pod względem trudności, długości. Tak, praca z grupą ma swój cel, jest nim to, by uczestnicy grupy coś zmienili, rozwinęli, osiągnęli. Niestety czym bardziej tego chcemy jako prowadzący, tym bardziej pojawia się dobro a zanika wolność. Gdybyśmy sobie pozwolili  go odpuścić może się stać inaczej. Za mało będzie dobra a za dużo wolności ;)…

,Uczestnicy grupy wchodząc na salę warsztatową zwykle chcą coś osiągnąć dla siebie. Są też takie warianty obecności na warsztatach, w których osoby te nie chcą na nich być (np. wysłała je firma, partner(ka), znalazł się tu, bo ktoś powiedział, że to fajne), albo chcą czegoś innego, ale i oni mają swój cel. Najczęściej cele/potrzeby różnych osób są różne od siebie. Mimo, że brzmią, kiedy są wypowiedziane przez nich, podobnie, bo łączy je tematyka warsztatu, niekiedy łączy je osoba prowadzącego (ludzie przybywają na warsztaty „na trenera”, bo mają z nim dobre doświadczenie).  Tak czy inaczej, rozpoczynając pracę możemy jako prowadzący wybrać. Wybór ten przebiega pomiędzy prowadzeniem warsztatu  według scenariusza, tak jak to sobie zaplanowaliśmy, bez włączenia grupy w decyzje jak on będzie przebiegał albo z tym włączeniem. Możemy decydować co będzie kolejne w kolejności  pracy albo oddać to decydowanie, włącznie z tym, że jakiś element nie wydarzy się wcale. Możemy więcej mówić albo więcej słuchać, zarządzać albo odpowiadać na potrzeby, widzieć cel albo widzieć ludzi bardziej.

Osoby uczestniczące w warsztatach rzadko niestety wciąż, wiedzą, że mogłyby wpływać na ich przebieg. Często wciąż siadają i oddają się w ręce prowadzących. Podobnie prowadzący jednak prowadzą, bo taka jest ta rola, a nie są z uczestnikami i nie pytają ich o potrzeby, nie włączają ich do procesu decydowania o tym co się zdarzy w trakcie warsztatu.

Zasada dobrowolności (słowo złożone ze słów „dobro” i „wolność”) wydaje się, mogłaby coś złego robić z aktywnością uczestników na warsztacie. No bo otwiera przestrzeń odmowy…  Kiedy jednak wyłączamy domniemany przymus uczestniczenia wprowadzając tę zasadę do pracy z grupą pojawia się wolność wyboru, znika przeszkoda (presja, przymus, strach, obrona) przed odkryciem, ryzykiem, emocjami itp. Kiedy uczestnicy ją przyjmują, mogą  z większą lekkością być na warsztacie, bardziej otwartym okiem i sercem przyjmować siebie, to co się dzieje, prowadzącego i innych uczestników. Kiedy jest wolność można bardziej samemu wybrać swoje dobro i sięgnąć po nie z własnej woli, a to oznacza mieć wybór. I to zachęca tym bardziej, im prowadzący sam dochowuje tej zasady. Objawiać się to dochowywanie  może np. w proponowaniu innych form przekazu, kiedy uczestnicy nie są gotowi na jakąś, pytaniu na bieżąco o potrzeby, nie wyznaczaniu osób do działania, omawianiu celów danego ćwiczenia, przywoływaniu sensu, korzyści, związku z tematem przytaczaniu różnych historii potwierdzających sens uczestnictwa, ujawnianiu swojej własnej perspektywy i doświadczenia. Dobrowolność uczestnictwa oznacza, że podjęcie ryzyka pochodzi z wyboru, że nie ma wskazywania kto teraz podejmie je przez kogoś, kto ma do tego prawo, kogoś innego niż uczestnik sam za siebie. Kiedy ludzie uczą się, że warto podjąć ryzyko, bo jest korzyść, i jest bezpiecznie, wchodzą więcej i chętniej. Kiedy nie są oceniani, a wzmacniani, wchodzą więcej i łatwiej.  Dynamika pracy rośnie, więcej jest gotowości do uczenia się na własnych błędach. A przecież wyłączyliśmy dobrowolnością gwarancję aktywności.  Paradoks? Kompetencja prowadzącego? Zjawisko grupowe, psychologiczne? Zjawisko fizyczne? Wszystko na raz. By zaistniało, wymaga odwagi od prowadzącego. Wymaga dobrej woli i wolności dla samego siebie. Bo kiedy w ten sposób pracujemy z grupą, mniej miejsca jest na scenariusz i wizję prowadzącego. Dobra dla siebie wybierają uczestnicy w ramach wolności na tym warsztacie.

W literaturze z pogranicza fizyki, duchowości, psychologii można znaleźć sporo w temacie równowagi sił, intencji, natury procesu, rozwoju. W skrócie można by to ująć tak, że energia myśli, zamiaru, potrzeby (prowadzącego) wysłana w przestrzeń sprawia, że wraca do nas to samo, ale skierowane do nas. Proces, pole grupy, wyższa  intencja rozwoju osoby i tak znają swój najlepszy kierunek.  Innymi słowy, jak za bardzo chcesz, żeby coś było, możesz się spotkać z tym, że wróci do ciebie coś, co też bardzo chce zaistnieć. Może jednak będzie to co innego niż to co Ty chcesz. Najlepiej iść za tym. Odkrywać To.  Daj na początek DobroWolność. Pozwoli to naturze procesu zabrać głos.  Może będzie tak, że Twój pomysł będzie bardzo dobrowolnie przyjęty i zrealizujesz go wspólnie z ludźmi zamiast dla nich stojąc „naprzeciw” nim.  To mocno inna jakość bycia (celowo nie nazwę tego pracą). Nazywamy to pracą na procesie.

Autor: Bartosz Płazak

26 września, 2020 by DW 0 Comments

Scenariusz zdarzeń

Czy można napisać scenariusz zdarzeń w życiu? Pytanie wydaje się podchwytliwe. Ma wiele odpowiedzi zależnie od przyjętej perspektywy życiowej.  Jeśli myślałbym, że mogę mieć kontrolę nad zdarzeniami to warto pisać scenariusze. Jeśli myślę, że korzystanie ze scenariuszy uniemożliwia żywą elastyczną, twórczą, w kontakcie i kontekście odpowiedź na proces nie pisałbym ich. O ile zakładam, że i tak zdarza się to co najlepsze, wydaje się, że nie warto planować. Planowanie w życiu może pomóc osiągać zakładany rezultat, jednak gdy chcę trzymać się planu muszę walczyć z przeciwnościami. Fizycy kwantowi mówią, że wektor siły (myśl o tym jak ma być) generuje od razu wektor oporu (przeciwności).  Pytanie z początku akapitu może więc wydawać się nawet lekko szalone. Może podpowiada możliwość kontrolowania życia, albo o ile byłoby prowokacją to wskazuje na absurdalność pomysłu na kontrolę życia. Czy z życiem jest jak z warsztatem, kręgiem, szkoleniem obojętne już jakiej nazwy użyję – pracą grupową? Czy ma sens pisanie scenariuszy warsztatów? Jeśli tak to jaki? Po co to robić?  Czy to się może udać? Po co zadawać sobie tyle trudu?

Pisanie scenariuszy warsztatów, kręgów, imprez, wszelkiego rodzaju zdarzeń grupowych to zadanie, którego wykonanie uczy. Uczenie to jest piękne o tyle, że o ile sobie zechcę pozwolić na nie, pokazuje mi bardzo wiele o mnie. Przede wszystkim o mnie. Oczywistym rezultatem tego rodzaju pisarstwa jest kilkanaście do kilkudziesięciu stron materiału (licząc z różnymi dodatkami), poczucie kontroli rzeczywistości, wiedzenie co powiedzieć, czucie się pewniej i przygotowanym.  Ubocznym, ale dla mnie podstawowym efektem jest refleksja. A właściwie refleksje. Mnóstwo obserwacji i refleksji, odkryć, objawień, olśnień. Wyjście z nieświadomej niekompetencji, głębsze poznanie tematu, integrowanie go ze sobą, włączenie do życia własnego, zmiana.  Refleksje, które miewam przy pisaniu scenariuszy to te nad poziomem mojej kompetencji w temacie, nad ilością znanych narzędzi ilustrujących zagadnienia, które mam realizować, nad moją komunikacją, o moich własnych dążeniach i tendencjach w prowadzeniu grup, nad potrzebami uczestników, szansami i zagrożeniami wynikającymi z użycia poszczególnych narzędzi, nad moją kreatywnością, elastycznością, powierzchownością, dokładnością, dbałością, niedbałością, prokrastynacją, oporem, wydolnością psychofizyczną, emocjami związanymi z tym, że chcę ten warsztat poprowadzić, zmęczeniem, nieprzygotowaniem logistycznym, posiadaniem lub nieposiadaniem możliwości technicznych do realizacji warsztatu, istnieniem bądź brakiem wsparcia, koniecznością douczenia się merytorycznie bądź procesowo, zaprojektowania jeszcze kilku stron interwencji, alternatywnych narzędzi, zakupienia rekwizytów, napisania wziątek dla uczestników, zastanowienia się nad szczegółami typu jak się ubrać, czy mam pisaki, że trzeba się wyspać, że warto być wcześniej, jak się przywitam, ile powiem o sobie, jak ogarnąć sprawy obiadu, otwierania sali, jak zadbać o uczestników na przerwach i czy mam catering, czy warto zapraszać kotrenera, czy lepiej poradzę sobie sam, kiedy się spakować… Pisanie warsztatu prowadzi do pytań czy mogę, czy jestem gotowy, dojrzałem do tego, a odpowiedzi na te pytania prowadzą do kolejnych pytań o to jakim sposobem pracować z grupą. Bardziej na ich zasobach, bardziej na moich, jak zrealizować części wiedzowe, wpleść w proces czy może wyłożyć i pokazać na slajdach? Jak ja chcę być z tymi ludźmi czy w kontakcie i bliskości ryzykując utratę większej ilości energii czy może w dystansie i zachować więcej dla siebie? Czy to aby nie jest odwrotnie? Ale jak to zrobić by nie było odwrotnie? Z czym chcę by wyszli z tego warsztatu, co chcę przede wszystkim by zapamiętali? … To uczenie się pokory, dbałości i otwartości, spadanie z piedestału i wchodzenie na swoje miejsce. Pisanie scenariusza weryfikuje mnie jako prowadzącego tę grupę. Uczy czego chcę jako trener, człowiek, partner dla zamawiającego, dla uczestników. Pokazuje ile zaangażowania, energii, mnie jest potrzebne by warsztat się odbył. Odpowiada więc czy ja tego chcę czy nie. Ujawnia iluzje, urealnia pomysły, weryfikuje ilości zagadnień, ćwiczeń. Pomaga uznać moją gotowość bądź obnażyć jej brak. W tym sensie pisanie scenariusza jest ryzykowne J. O ileż bowiem lepiej, łatwiej byłoby mi pozostawać w sferze marzeń o tym jak to będzie pięknie kiedy poprowadzę taki wspaniały warsztat. Albo oskarżać się, że nie umiem i nadal się do tego przygotowywać jeszcze sto lat. Inaczej mówiąc – pozostawać w znanym. Perspektywa pisania scenariusza stawia więc mnie na progu. O ile go przejdę otwiera się nowe. O tyle pisanie go jest bardzo rozwojowe oprócz tego wszystkiego „za” które wymieniłem wcześniej.

Pisanie scenariuszy to paradoksalny wysiłek. Prowadzi bowiem do niekorzystania z nich, przynajmniej w przypadku warsztatów, u mnie, częściej niż rzadziej.  Owszem po części korzystam. Samo posiadanie scenariusza daje mi bezpieczeństwo, mogę sięgnąć do niego w każdej chwili.  To z niego pochodzą ćwiczenia, rozwiązania, komunikacja, gotowość, lekkość, zabawa,  żonglowanie tezami i ćwiczeniami w trakcie. To dzięki dniom a niekiedy tygodniom spędzonym nad pisaniem scenariusza, już w styku z grupą moja praca jest tak płynna. Kiedy obrócę w palcach niemal każdą minutę interakcji z grupą przed spotkaniem, jest ona tak lekka na spotkaniu. Nawet jeśli jest trudno (opór). I kiedy ta medytacyjna praktyka, przepuszczanie przez głowę wszystkiego co ci przyjdzie do niej co związane jest z Twoim kręgiem, warsztatem wejdzie Ci w krew w początkowej fazie pracy z grupami, za jakiś czas wystarczy jak siądziesz na chwilę by się przygotować. Na godzinę może kilka. Nie na tydzień czy kilka tygodni. Na początku jednak warto pisać scenariusze. Porządne, szczegółowe, zgodnie z zasadami.  I to najlepiej dwa. Podstawowy i alternatywny. Tam na warsztacie nie będzie czasu na tworzenie czegoś nowego kiedy to co przygotujesz nie będzie działać, pasować. Kiedy masz dwa scenariusze wybierzesz coś i sobie poradzisz.

Prawdę mówiąc rzadko na warsztacie realizuję scenariusz warsztatu. Podobnie jak rzadko robię w życiu dokładnie to co zaplanowałem. Brzmi słabo? Może tak brzmieć. Puszczam plan i scenariusz jak tylko go wyprodukuję. Jestem zadowolony, że go mam a później improwizuję na jego temat z tym co przynosi mi życie, ludzie ja sam. Puszczam go, by nie tworzyć oporu w sobie, w grupie, w polu.

Improwizowanie pracy z grupą bez przygotowania rzadko kiedy ma na  prawdę miejsce. Mimo, że z miejsca obserwacji pracy trenera przez uczestnika tak może to wyglądać.  To z doświadczenia, znania dziesiątków narzędzi, przeprowadzenia wielu warsztatów, dla wielu grup w wielu różnych warunkach rodzi się możliwość improwizacji na gorąco. A i tak pomysł trzeba mieć.  Tak jak w życiu…

Autor: Bartosz Płazak

22 września, 2020 by DW 0 Comments

Wiem. Nie wiem? Czy intuicja to za mało?

Są pytania,  na które odpowiedź wydaje się oczywista. Kiedy jednak przychodzi ją ująć w słowach okazuje się, że czegoś brakuje, że nie jest na pewno jasne, że słowa się nie kleją. Kiedy posłuchać odpowiedzi innych osób w kręgu okazuje się, że znają tę odpowiedź inaczej a na dodatek każda z ich odpowiedzi wydaje się być prawdziwa, nawet jeśli swoją treścią wchodzą trochę ze sobą w sprzeczność. Pojawia się wątpliwość. Co to jest asertywność? Mówienie nie. To odpowiedź dyżurna. Udziela jej w pierwszej kolejności wielu uczestników grup warsztatowych. Później pojawiają się kolejne odpowiedzi, jednak większość grup nie odpowiada na to pytanie spostrzeżeniem, że asertywność to też proszenie. Proszenie to sięganie po swoje, po siebie, to regulowanie bieżącej sytuacji, emocji, zaspokojenie swojej potrzeby, wyrażanie siebie takim jakim się jest, umożliwienie poznania mnie innym, budowanie relacji, inicjowanie wymiany, pokazywanie podobieństwa, różnicy… Ileż tych aspektów jeszcze można zauważyć w proszeniu. A co jeśli jest jeszcze wiele innych odpowiedzi na pytanie „Co to jest asertywność”, których nie udzielam bo ich nie znasz w sensie posiadania uporządkowanej wiedzy w temacie?  Jakich aspektów siebie, uczestnika grupy, zespołu, znajomego, przyjaciela, rodziny przez to nie widzę? Asertywność jest określana w kontekście postaw takich jak agresja, uległość, bierność. Jeśli tego nie wiem mogę wziąć do siebie serio insynuację mojego rozmówcy, że jestem agresywny kiedy faktycznie jestem asertywny… Ciąg zdarzeń później może zawierać moją obronę, którą ten odbierze jako atak.. taki film. Zdarza się nie raz. Kiedy wiem, mogę tę insynuację przemilczeć, wyciszyć przez to… Przejść do kolejnego zagadnienia. Kontrolować ten moment, zamiast ulec propozycji zarządzania nim przez filtr mojego rozmówcy.

Wiedzenie jest ważne. Głowa jest ważna. Serce i intuicja są ważne. Każde z nich z osobna może trafiać na trudność w dawaniu rady zadaniom i przeciwnościom. Kiedy łączymy je w całość stają się mocą osobistą, przy pomocy której jest łatwiej żyć i pracować. Łatwiej jest też z sobą samym, mam bowiem mniej dylematów do rozwiązania. Tam gdzie umysł szuka serce może czuć i odpowiedzieć w dylemacie. Tam gdzie serce czuje umysł może pomóc mu wybierać tym co wie. Ot stawanie się całością.  Kiedy znam teorię przedmiotu, znam wiedzę, o którą opiera się  umiejętność z której korzystam mam świadomość tego co robię i w jakiej relacji staję. To oznacza spokój. To oznacza świadome wybieranie. Wiem co chcę uzyskać, wiem co mogę stracić, zgadzam się na to.

Praca z grupą to piękne, wdzięczne zadanie. Jeśli prowadzący i grupa są zainteresowani współpracą, dorośli w sobie, do tematu, gotowi na zmianę i towarzyszące jej zjawiska, precyzyjna wiedza schodzi na plan dalszy (kiedy pracujemy nad tzw. kompetencjami społecznymi). Przyglądamy się sobie, dokonujemy wglądu, poszukujemy nowego wzoru zachowań, jesteśmy wdzięczni, wychodzimy ubogaceni. Kiedy jednak odbiorcy nie są aż tak gotowi i świadomi, opór jako naturalny towarzysz zmiany znakomicie przeszkadza pracy w oparciu jedynie o intuicję. Wiedzenie co robię pomaga nadać komunikat i odebrać go odbiorcy. Działanie z wiedzą i w oparciu o czucie (wyczucie) stanowi dopiero całość, która stanowi o spójności nadawcy (w tym wypadku prowadzącego grupę). A ta spójność będzie tym co pomoże odbiorcy (uczestnikowi) w uczeniu się, wyjściu z trudności, przejściu przez progi, przełamaniu oporu. A o to nam chodzi przecież jako prowadzącym. O Uczestnika.

Efektem ubocznym może być spokój, lekkość prowadzenia zajęć, brak trudności, mniej dylematów, zadowolenie nadawcy i odbiorcy, poczucie spełnienia i sensu po warsztacie. To u Prowadzącego.

 

Praca z grupą wymaga wiedzenia co się robi. Każde słowo, gest, cisza, cofnięcie się czy wyjście do uczestników jest bardzo ważnym komunikatem i jest rejestrowane, odbierane, analizowane interpretowane i włączane do decyzji Uczestnika o uczeniu się dalej z Tobą Trenerze bądź rezygnacji z uczenia się z Tobą. Dobrze wiedzieć co oznaczają słowa, których używam i jakie znaczenie daje im moja energia (nastrój, emocja) teraz kiedy to mówię. Uważność, ciągle trenowane obserwowanie siebie samego jest w tym świetnym pomocnikiem. Serdecznie zapraszam Was do analizowania Odpowiedzi. Czyli tego wszystkiego co dzieje się w odpowiedzi na Was kiedy jesteście. Odpowiedź to piękny nauczyciel. Bezpłatny, obecny w każdej chwili przy Was.

Autor: Bartosz Płazak

27 kwietnia, 2020 by DW 0 Comments

Wirus, kryzys, potrzeby.

W początkowej fazie procesu (w domyśle grupowego, bo o tym tu zwykle piszę) jesteśmy grzeczni. Potrzebujemy  prowadzenia i chcemy się oddać prowadzeniu przez kogoś. Ufamy , czekamy, wierzymy, że ten Ktoś wie więcej, ma jakiś pomysł, zna rozwiązania, ma więcej doświadczenia. Patrzymy jednak  z uwagą na to co robi, jak się zachowuje, czy to co przekazuje i do czego nas zaprasza jest dla nas czy nie, czy rzeczywiście ten ktoś robi to co deklaruje, czy na pewno to coś dla nas dobrego. Czy chcemy czy nie, badamy to, weryfikujemy, przyglądamy się, przymierzamy do tego co sobie wyobrażaliśmy, sprawdzamy z tym, co nam się wydaje, co nam nieśmiało podpowiada intuicja, co nam mówi ciało, jakie pojawiają się uczucia, emocje, jakie może z nimi idą tendencje do działania, ruchu. Odbieramy świadomie bądź nie świadomie to, co dzieje się w grupie. Odbieramy sygnały od innych. Czujemy się lepiej lub gorzej, nie tylko każdy z osobna, ale też razem jako grupa. Jednostka wpływa na grupę, grupa na jednostkę. Wszyscy na wszystkich. Każda wątpliwość może mieć znaczenie dla wszystkich zgromadzonych i każde zadowolenie i poczucie bezpieczeństwa z nim związane też. Pole grupy zawiera to, co w każdym z nas i jednocześnie jest czymś więcej. Siłą, która czy chcemy czy nie, działa na nas. Na początku umysł podpowiada, że ten kto prowadzi, i w domyśle wie lepiej, powinien zająć się tym co dalej, wiedzieć po prostu co robić, jak dać to co każdemu potrzebne wszystkim obecnym. Jak matka, ojciec, bóg, wszechmogący, ktoś kto przecież wie jak zadbać o dzieci, owce, podopiecznych, mniej wiedzących. Na szczęście do czasu. Pole wypełnia się tym co jest. Podopieczni coraz bardziej się różnicują. Jakoś się robi niewygodnie, nie miło, ciężko, nie tak pięknie jak wcześniej. Robi się szum wewnątrz u niektórych, inni szumią uzewnętrzniając to, pokazują innym to, co w nich i jak szumieć można. Uczymy się.  Najodważniejsi, a jest ich garstka, nieliczni, jednostka (i), odważają się podważyć to, co mówi Ten Co Wie.  Może zapytają, może nie patrzą, może nie słuchają, może przedstawią tezę odwrotną niż ta co pada z ust  Tego Co Wie.  Narasta napięcie. Więcej osób niż te jednostki wyraźniej wie już co im się nie podoba. Więcej osób nie zgadza się, nie jest całkiem zadowolonych. Więcej osób chciałoby coś innego. Część jeszcze skacze do gardła swoim kolegom, co sprzeciwiają się prowadzącemu, gdy ten ich zdaniem nie wystarczająco o nich dba. Wolą nie widzieć. Poprzedni stan bezpieczeństwa przypomina o sobie tęsknotą.  Coraz więcej osób czuje, widzi, słyszy, że coś nie gra. Jednostka traci zapał. Odpowiedzi na zadane przez nią pytania trzymają się kupy. Nie jest zadowolona, ale nie ma się czego przyczepić. Inni nie mają siły, boją się, nie umieją przekuć swojej intuicji na słowa, nie chcą ryzykować ośmieszenia, nie mają energii, by wydobyć z siebie głos bo przytłacza je atmosfera niepewności w grupie.  Ciężar niewyjaśnionego, zagrożony interes indywidualny  jest coraz większy.  Pojawiają się oświecone głosy jednostek, które na tyle mocno się zezłościły, że ujawniają swoją prawdę. Inni słuchają, strach podnosi się bo to już nawet  jawnie sprzeczne z tezami wykładu. Pojawia się dotąd skrywana złość… To krytyczny moment.  Jest potrzeba  prawdy. Prawdy o tym co się dzieje. Umysł słyszy pasujące do całości informacje, ciało czuje że czegoś brakuje, intuicja podpowiada treści, które mogą się wydawać niestosowne, absurdalne, zwłaszcza w kulcie umysłu. Rodzi się potrzeba wyjaśnień, kontaktu, zestawienia potrzeb, ujawnienia niezrozumienia, dania głosu temu co umniejszone, zauważenia tego co pominięte. Dopóki to nie nastąpi trudno będzie o (s)pokój. Trudno będzie wejść w kontakt. Możemy nie pójść dalej. Może co wyżej brnąć w niedopowiedzeniu, niejasności, lęku. A bez tego trudno ze sobą dalej współistnieć a co dopiero uczyć się. Potrzebny jest ktoś kto przełamie milczenie i da wyjaśnienie, które będzie się trzymać kupy. Doprowadzenie do grupowej jawności, nasyconej prawdą tam, gdzie jest jej ciekawość i potrzeba to zadanie prowadzącego. Zadanie trudne, bo prawda bywa niełatwa.  Gwiazdka: możliwe tylko o ile prowadzący jest po tej samej stronie co grupa (intencja jego jest czysta, rozwojowa, wspierająca, a nie jest manipulacyjna i sam ma na tyle odwagi by stanąć w tym miejscu).  Wtedy każdy krok w kierunku prawdy jest jak powietrze wpadające do pokoju po otwarci u okna. Płuca wypełniają się.  Oddychamy, uśmiechamy się. Zaczyna świecić słońce, a ludzie mają ochotę być ze sobą bliżej. Obecnie jako ludzkość, społeczeństwo Polski, lokalne społeczności, małe grupy, rodziny, jesteśmy w położeniu, które ma wiele wspólnego z wcześniejszym opisem.  Jest ktoś kto wie, albo przynajmniej jawi się jako Ten Co Wie. Jest grupa największa jaką sobie można wyobrazić i wszystkie mniejsze, które w niej się zawierają (dalej będę pisać po prostu grupa). Jest Pole grupy nasycone energią, które wszyscy czujemy, które na nas wpływa, czy w nie wierzysz czy nie. Jest wreszcie coś co nie jest domknięte, nazwane, co więzi grupę w miejscu, jednostkę zmusza do utknięcia w miejscu bo nie wiadomo kto prowadzi ten proces i nie można na niego naskoczyć ani poprosić ani liczyć na niego. Zamknięcie zaś sprawia, że trudno działać samemu jak zwykle. Jest wreszcie grupa zjawisk, które wszyscy widzą w gospodarce, polityce, ekonomii, w życiu społecznym i rodzinnym. Coś nie jest pełne, skończone, wyjaśnione, jawne, całe. Coś upada ale jeszcze nie widać, ktoś traci bardzo wyraźnie, zmiana jest coraz bliżej, ale nikt nie zna planu na jej dokonanie się do końca.  Pytania nie mają odpowiedzi, która przyniosłaby poczucie bezpieczeństwa, spełnienia. Wyparte fakty dobijają się pięściami zza zamkniętych drzwi. Drzwi trzyma dobrze się wciąż mająca nadzieja na powrót do tzw. normalności, nadzieja na spokój, wzrost, pieniądze, pracę marzeń, sukces finansowy, zawodowy, sławę, albo chociaż by było tak jak było. Wypierany jest kryzys, który spadł na nas wszystkich, czy chcemy czy nie chcemy, kryzys który już zmienił świat i będzie zmieniał go dalej, a z nim naszą starą codzienność, znaną i teraz pewnie chcianą o wiele bardziej niż przed kryzysem. Ucieczka przed prawdą o zagrożeniu, (nie mylić z stwierdzeniem, że coś złego w każdym indywidualnym wypadku się zdarzy), zamykanie tego, co widać, słychać i czuć, zamyka nas. Zamyka nas w puszce lęku, złości, smutku i innych trudnych emocji. Pozornie pozwala przed nimi się schować, jednak faktycznie prowadzi do ich wzmocnienia. Jak gaz w małym pojemniku pod ciśnieniem, gdy wzrasta ilość gazu, w tej samej przestrzeni, wzrasta ciśnienie. Może dojść do rozerwania pojemnika. Ta niemożność chwycenia się czegokolwiek unieruchamia. Ekonomiści mówią, że to kryzys jakiego nie było, że gospodarka stanie, że łańcuchy dostaw surowców i wyrobów zatrzymają się, że kupowanie i sprzedawanie nie będzie możliwe bo ludzie i firmy nie będą mieli za co. Rośnie liczba upadających firm, samobójstw, rośnie strach ludziach, którzy uwierzyli w zagrożenie wirusem grypy, zwanym dla odmiany korona wirusem, a może wirusem z korony, czyli królewskim wirusem. Król całego świata… Media głównego nurtu trąbią jak oszalałe o zgonach, zarażeniach, pełnych szpitalach. Niezależni reporterzy chodzą do tych szpitali i nadają filmy o tym że tam cisza i spokój. Rządzący i facebook straszą karami za negowanie oficjalnej  (dez)informacji).  Giełdy w pierwszym okresie panowania króla w koronie poleciały na łeb na szyję, jednak dziś już odrabiają straty. Minus 30% w około miesiąca w dół a teraz pierwsze ruchy do góry. Politycy zakazują nam chodzić do lasu, zamykają szkoły, zakazują zgromadzeń i straszą mandatami a sami chodzą grupą (zdjęcia 10 kwietnia). Wreszcie maski, gumowe rękawice, 5 osób w biedronce, a w Szwecji bez tego wszystkiego i nie ma wzrostu zachorowań. Do tego statystyki  mówiące o wzroście w dziesiątkach, setkach, nawet tysiącach osób (w wielkich społeczeństwach) i na tym tle budowana narracja zagrożenia. A obok alternatywne zestawiania setek tysięcy osób zmarłych na raka, choroby krążenia czy układu oddechowego. Lekarze mówiący wprost, że nie praktycznie nie ma umieralności na korona wirusa, i że maski szkodzą. Uruchamianie dochodzeń w sprawie epidemii. Komentarze ekspertów różnych dziedzin mówiące, że nie ma żadnej epidemii wirusa, za to jest epidemia strachu i zniszczenia gospodarek. Ruchy cen złota, srebra, metali szlachetnych jako nośników wartości w górę i brak ich na rynkach i jednocześnie zapowiedzi możliwych spadków cen. Straszenie inflacją i jednoczesne prognozy braku inflacji z powodu braku pieniądza. Szalejące bezrobocie i pojawiające się doniesienia o wprowadzeniu dochodu minimalnego, który wypłaci każdemu obywatelowi państwo.  Kryzys patrząc historycznie może potrwać kilka, a może kilkanaście  lat, a jeden z banków inwestycyjnych pisze, że pod koniec tego roku gospodarka Polska już będzie pędzić w szybkim tempie.  W Internecie poluzowano cenzurę, łatwiej o alternatywne treści, ale każda z nich jest podważana przez inną treść. Więcej rozumu, racjonalności, faktów, duchowości, wewnętrznej mądrości, nie to, nie tak, spisek, rządowy ściek itd…  I wszystkie te treści ile byśmy ich nie przeczytali nie układają się w żadną całość.  Umysł podpowie: ktoś wie. Znajdź go.  Niech wniesie do tego świata, do tej grupy prawdę. Bo już nie wytrzymujemy. Chcę się czegoś chwycić. Niestety. Dziś tym, co jest nam potrzebne to umiejętność odraczania.  Kto to potrafi wygrał. Kiedyś będzie znów lepiej. Kiedyś zbliżysz się do tego, co chcesz. Kolejna to umiejętność  odnajdywania dobrego w tym, co jest. Akceptowania położenia. Zauważania, że żyjesz i to już naprawdę dużo. Służy tej umiejętności wiedza, przyjęcie, że jako istoty biologiczne do życia potrzebujemy jedzenia, picia, dachu, innych ludzi skłonnych do podobnego prostego bycia. Cieszenia się z tego, że jesteśmy, że żyjemy, że mamy jedzenie picie i dach i bycia wdzięcznym za to. Bycie wdzięcznym wzmacnia. Daje energię do życia. Jest ktoś, coś co daje mi coś, zauważam to. Jestem ważny dla niego. Wyrażam to. Czuję radość. Gdy nie masz się czego chwycić na zewnątrz, zacznij od udania się do wewnątrz. Odrocz tamto, zaakceptuj to, ciesz się i bądź wdzięczny.  W tym dziwacznym czasie (nie znajduję słowa innego niż dziwacznym) życzę Wam wszystkim i sobie, zrobienia tych trzech kroków. W tym dziwacznym świecie, w którym wierzymy (poddajemy się)  tym, którzy swoimi czynami pokazują, że dążą do czegoś innego (5G, dalsze zadłużanie gospodarki, brak pakietów realnej pomocy dla firm, zapowiedzi podnoszenia podatków, wojsko na drogach, łamanie konstytucji zakazami, próba zmiany prawa wyborczego przed wyborami, przymusy i zakusy) być może wierząc, że to lepsze dla nas w dłuższym terminie… A może dlatego, że nie wiemy wystarczająco dużo, i wielu z nas tkwi w pułapce kredytu, wypłacalności, w trudnościach z utrzymaniem rodziny, płynności firmy itp. W tym dziwacznym świecie, który piętnuje alternatywne wypowiedzi lekarzy, nauczycieli akademickich, filozofów, historyków, ekonomistów, w którym ludzi, którzy są praktykami, a nie ekspertami na usługach, spycha się, większość grupy wierzy  generującym panikę mediom. I doświadczamy tej paniki  innych. Strach, niepewność ogółu są wyczuwalne w polu. W tym dziwacznym świecie adaptujemy się, by pracować on line, by nie płacić gotówką, by nie stać obok siebie, by nie widzieć, że dostarczany nam Internet 5G to 100-krotne zwiększenie dawki fal i szalone zwielokrotnienie ilości nadajników, bo mamy mieć szybciej… Słyszymy gdzieś o przepychaniu ustaw, o dalszym zadłużaniu kraju, o suszy, o wzroście cen i inflacji. Ja poproszę wreszcie prawdę. Wiem. Nie dostanę od Was: politycy, reporterzy, dziennikarze. Sami jej nie znacie. Sami komuś wierzycie. Rezygnuję z dążenia do poznania jej. Zadowalam się tym, co już wiem. Kieruję się do  swojego środka. Chcę żyć. Chcę być blisko z ludźmi. Doceniam to, co mam, cieszę się z tego. Odraczam wszystko inne. Żywię wiarę, że kiedyś będę mógł wrócić do tamtych rzeczy.  Jestem wdzięczny za to, co mam i za to z kim jestem, cieszę się na każdą chwilę tego, co jest póki tego doświadczam. Robię swoje tyle ile mogę. I oddaję Mojemu Ciału informowanie mnie o tym, co jest prawdą, a co nie z tego, co do mnie przychodzi. Autor: Bartosz Płazak

19 lutego, 2020 by DW 0 Comments

Trener czyli coach?

Może i wy spotykacie się z takim zjawiskiem, że ludzie mylą te dwa zawody. Dla wielu osób nawet trener, coach, terapeuta, facylitator, wykładowca to synonimy. Na uczelniach, w firmach, w projektach rozwojowych finansowanych przez… ja wciąż otwieram oczy, ale, tak zdarza się. Mniejsza o to. 

Czy trener to coach? Niezupełnie. Mam jednak dużo spokoju o to, że kompetencje w tych zawodach uzupełniają się. To znaczy wychodząc z jednego z nich łatwiej się nauczyć tego drugiego, ale jednak bycie trenerem tylko w oparciu o doświadczenie w coachingu i odwrotnie, bez dodatkowego przygotowania wydaje się trudne. Mówię to z doświadczenia prowadzącego zajęcia trenerskie.

Dla uczestników szkoły trenerów, którzy posiadają doświadczenie coachingowe w pracy z jedną osobą, praca z grupą bywa wyzwaniem. Proces grupowy to nie tylko wiele procesów indywidualnych, to też jakość wynikająca z całej grupy, interakcji między uczestnikami, modelowania zachowań przez trenera. Ogarnięcie grupy wymaga wiedzy o procesie, doświadczenia z nim, narzędzi i wiary. Bo sygnały z grupy często są niejasne, a przewaga liczebna grupy przytłaczająca. Wymaga też umiejętności pracy i osiągania celów w warunkach występowania bardzo wielu bodźców jednocześnie. Potrzebny jest więc kontakt ze sobą, uważność, rozumienie narzędzia, rozumienie procesu, obserwacja własnych zachowań i zachowań uczestników, walidacja celów i szybkie podejmowanie decyzji cały czas.  Z drugiej strony patrząc, postawa coacha jako osoby towarzyszącej, wspierającej, otwartej, ciekawej, pracującej pytaniami, inspirującej innych jako umiejętność robienia tego wobec jednej osoby znakomicie sprawdza się w pracy z grupą, kiedy coach obejmuje rolę trenera. O ile pracujemy z grupą w oparciu o jej zasoby, demokratycznie, współtworząc z nią wynik.  Mowa tu więc o pracy trenerskiej w kontakcie z grupą, opartym na partnerstwie, w którym trener dodaje swoją wiedzę jako uzupełnienie tego, co wypracuje grupa i nie naucza. Może gdyby jeszcze rozwinąć ten opis dałoby się powiedzieć w pracuje z grupą w holistyczny sposób. Kompetencja i filozofia zarazem. Patrząc na pracę trenera w ten sposób, łatwo zauważyć, że trener to coach. Zapraszamy coachów poszukujących możliwości rozwijania swoich kompetencji w kierunku trenerstwa, ciekawych zobaczenia się w lustrze grupy, zaciekawionych grupami, zespołami.

Autor: Bartosz Płazak

31 stycznia, 2020 by DW 0 Comments

Wu-Hsin. Taki jaki jest.

Alan Watts w wykładzie „Filozofia Tao” przywołuje  wu-hsin, czyli nie-myśl, inaczej, upraszczając – nieświadomość siebie. Mówi o nim jako o stanie całości, kiedy umysł raczej nie działa niż działa, a szczególnie kiedy umysł nie jest wyrazicielem, przedłużeniem  ego, które chciałoby być jego nadzorcą. To trochę tak jakby chodzić bez zastanawiania się nad chodzeniem, pozwalać by nogi szły same. Ten stan polega na używaniu całego umysłu, bez silenia się na ukierunkowanie go, ogarnianie jakiejś szczególnej części bardziej. Trochę jak patrzenie bez skupiania się na czymś konkretnym z zamiaru, jak pozwalanie sobie zobaczyć to co się wybija, zamiast wypatrywać czegoś. Przywołując Czuang Tsy: „Jeżeli uspokoisz ciało zjednoczysz swoją uwagę, spłynie na ciebie harmonia nieba. Jeżeli scalisz świadomość i skoncentrujesz myśli, duch zamieszka w tobie. Te ubierze cię, a Tao ochroni. Twoje oczy będą jak oczy nowo narodzonego cielęcia”  Bezczynne działanie umysłu można by przedstawić  też jako słuchanie bez nastawiania uszu, smakowanie bez dotykania językiem, wąchanie bez wdychania, dotykie bez naciskania, a każda z tych czynności stanowi przykład Wu shin. Shin to nie umysł, nie serce, nie intelekt, nie czucie, a zarazem jakoś każde z nich. Blisko wu shin do takich zenowskich pojęć jak umysł pierwotny, umysł buddy, czy wiaraiumysł, nie umysł. A więc hsin najlepiej działa jakby go nie było, albo jakby był nieuświadomioną całością, ogólnym, całym, spójnym procesem wszystkiego, dynamiczną, szybką  podążającą zmianą. I prawdopodobnie właśnie dopiero przy takim jego spontanicznym całościowym pojawieniu się ujawnią się też specjalne właściwości, zdolności, talenty, moce, Te, które są mu właściwe w naturze jego, a nie dają się rozwijać w umyślny sposób. Lao-tsy mówi: Wybitne Te nie jest Te, więc jest Te. Marne Te nie rzuci Te, więc nie jest Te. Wybitne Te jest bierne i bezcelowe. Marne Te jest aktywne i celowe. Zastanawiamy się jak najlepiej poprowadzić pracę z grupą. Studiujemy materiały o narzędziach, technikach, interwencjach, sposobach organizacji treści, klasyfikacjach, typach uczestników, technologii, sztucznej inteligencji, zastosowaniu rekwizytów, mieszaniu metod pracy, bez końca dążąc do tego by lepiej się przygotować, by praca ( warsztat, szkolenie, coaching, trening) był lepszy przyciągał uczestników, więcej mógł im dać, lepiej odpowiadać celom. Kiedy jednak głębiej zastanowimy się dlaczego ludzie przychodzą na warsztaty, albo są zadowoleni z nich okazuje się, że „przychodzą na Ciebie, dałeś im, poruszyłaś w nich”. Tak się to nazywa,  w kuluarach  można niekiedy usłyszeć: byłam u niego czy u niej. Jakby w tym nazwisku było już wszystko. Temat, treść, sposób, korzyść, zadowolenie, czy tzw. efekt aha, czy wow, obojętne jak go nazywać teraz. Ludzie niekiedy nie znają tematów, programów, zagadnień treści warsztatów i śmieją się z tego nieznania w głos, siedząc w kręgu na warsztacie. Można by powiedzieć – nie wiedzą po co przyszli…  Wiedzą.  Całość jest w tej osobie. Zdarza mi się obserwować trenerów na warsztatach superwizyjnych, kiedy prezentują autorskie projekty warsztatów. Widzę mnóstwo przygotowań, wiedzy, narzędzi, starania, pięknych idei, zaangażowania uczestników.  I tylko niektórzy z nich pozwalają sobie pójść za sobą, merytorycznie czyli projektując warsztat w obszarze który ich ciekawi, bawi, karmi, i w prowadzeniu czyli reagując bliżej siebie, interweniując w zgodzie z sobą, w swojej energii. To te właśnie prace grupy odbierają z błyszczącymi oczami, jest jakoś uroczyście,  coś dzieje się z czasem i przestrzenią. Bywa że pojawiają się zdarzenia, które można by nazwać błędem, czy trudnością, których jednak nikt nie zauważa bo zostają objęte, jakby od niechcenia ujawniającym się Te prowadzącego. Po zakończeniu takiej pracy zapada pełna zachwytu cisza, a później sypią się informacje zwrotne z których wybija się pytanie: jak ty to robisz. Odpowiedź albo mina prowadzącego najczęściej mówi: nie wiem. Ktoś nie ma świadomości co zrobił, jak działał, jaką jakość stworzył, choć odnajduje zdarzenie, zauważa je po fakcie, kiedy się dowiaduje. To po prostu się dzieje. Błędy są mu wybaczane wtedy jakby z automatu. Szybsza i mocniejsza jest ta specjalna moc Te. Ta wolność w której ukazuje się wewnętrzna prawda,  na którą ludzie tak czekają. Hsin. Co więc daje nam skupianie się na technikach, narzędziach, metodach, zewnętrznej atrakcyjności warsztatu? Może warto więcej energii przeznaczyć na integrację wewnętrzną? Może moc która pochodzi z naszego wnętrza wciąż czeka na uwolnienie? Może będzie tak, że ta moc nie będzie chciała współpracować z modelami, technikami itd., może one właśnie ją wygaszają kiedy umysł skupia się na przygotowaniu i stosowaniu technik i dąży do atrakcyjności przez logikę wywodu?  Czy praca z grupami, z ludźmi jest zbiorem technik, czy jednak technikami w rękach kogoś kto uwalnia się i jest? Na czym oprzeć tzw. własny styl pracy? Pytania te nie mają dla mnie jednoznacznych odpowiedzi. Ważne jest i to i to. Szukanie równowagi to droga indywidualna. Dla trenerów, osób pracujących z ludźmi  miejsce na jej szukanie jest w każdej chwili życia. Bo zdaje się pracujemy z życiem. Autor: Bartosz Płazak

2 grudnia, 2019 by DW 0 Comments

Szkło i mech, czyli rzecz o gniewie i miłości

Okazuje się, że równie dobrze można się czuć na szkle i na mchu. Jakkolwiek to teraz brzmi Tobie w uszach zapraszam Cię do tej łamigłówki. 

 Zasada perseweracji czyli powtarzania (się) informacji mówi, że Informacja nie może być zniszczona lub utracona, ale pozostaje w systemie (polu). Raz wysłany sygnał będzie się powtarzał, dopóki nie zostanie świadomie odebrany.  Emocja niewyrażona nie znika, dąży do ujawnienia, jako energia wpływa na system dopóki nie zostanie przyjęta, nie trafi na swoje miejsce.

Arnold Mindell mówi o osobowości, że jest ona zbiorem figur ze snu – różne figury w nas komunikują się, wysyłają sygnały, zakłócają się nawzajem. Ich działanie pochodzi z wzorca wewnętrznego. Kiedy próbuje się on wyrazić i jest to jakoś utrudnione, zakłócone, pojawiają się tzw. podwójne sygnały. Jeśli informacja nadawana przez figurę jest blokowana będzie chciała się wyrazić innym kanałem, będzie szukać sobie drogi.

Spotykam się z poglądem, że można mieć od razu radość. Nie trzeba przeżywać wszystkiego tego co ciężkie, trudne, zadawać sobie bezsensownego wysiłku, by powiedzieć sobie o tym co trudne, ciemne. Wystarczy się zdecydować. Tak po dorosłemu decydować. Jasne. Nie chcemy tego co boli. Naturalnie. Ból jest odrzucany, bo boli, piecze, ciąży. Mało tego, blisko niego jest lęk przed bólem. Też niechciany, marginalizowany, odsuwany. Bo ma być miło. Po dorosłemu?

W świecie, w którym mamy być zawsze piękni, mili, dobrzy, bogaci, gotowi, słowem mamy być ludźmi sukcesu nie ma w tym nic dziwnego, że wszędzie oczekiwana jest radość. Powinniśmy, może nawet musimy  być w radości. Obojętne skąd ją weźmiesz, jak do niej dotrzesz, jak się teraz czujesz. Sukces to radość. Radość to sukces. Sukces osiąga się przez radość, radość jest pochodną sukcesu. Pozostaje więc zadać sobie pytanie jak to zrobić? Po czym poznać radość? Po uśmiechu. Po pogodnej wypowiedzi,  po mimice, gestykulacji spójnej z sukcesem, (czytaj: z radością). Więc uśmiech na twarz i już. Łatwe.

Radości takiej pełno wokół. Na plakatach, w reklamach, w spotkaniach w biznesie, u babci która przychodzi do wnuczki, w małżeństwie, na pierwszej randce, w galerii, w dzienniku telewizyjnym. Podobnie w grupach, kiedy się one zbierają by pracować, czy być. Przecież chodzi o to by było dobrze. Mnie (osobie) i nam (grupie). Łatwe?

Czy jednak jesteśmy całością kiedy prezentujemy tę zamierzoną, chcianą, oczekiwaną, lubianą radość? Ten stan wymarzony przez osoby i ogłoszony jako domniemany stan społeczeństwa, ludzkości, świata. Nawet krowy na pudełkach z serkiem są uśmiechnięte. Wciąż jest lepiej, mamy wzrost gospodarczy, mamy lepsze życie, jesteśmy zdrowsi i mądrzejsi, jest taniej, nie ma głodu, cierpienia, ziemia ma nieskończone zasoby… Są powody by była radość! Da się to jakoś policzyć, stwierdzić, poprzeć faktami a jak trzeba obśmiać inne tezy, albo uznać że godzą w radosną codzienność w radości. Cóż, godzą.

A co z tą częścią Ciebie która się boi, złości, smuci? Co z tą częścią nas, która nie jest gotowa teraz na radość bo dostrzega zagrożenia, straty, inne osoby rzekomo dybiące na jej sukces? Pewnie ma sporo doświadczeń dybania. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?  Jak to ukryć? Łatwo. Łatwo? Przed kim łatwo? Przed sobą, przed innymi? Nawet gdyby się udało jak będzie się czuła ta część mnie, która ma się schować pod stół bo nie pasuje? Czy nie będzie się naturalnie buntować? Czy nie będzie chciała wyjść na światło dzienne, walnąć pięścią w stół albo tupnąć w podłogę mówiąc: ja też tu jestem?! A jak się będzie czuła ta, która jej każe się chować? Czy może nie będzie miała wyrzutów sumienia? Za spychanie tamtej, żywej, uprawnionej równo.  Czy jej to nie zakłóci sukcesu? Łatwe? Może się tak wydawać. Zwłaszcza kiedy ma już swoją historię powodzeń w spychaniu. Kiedy udało się tak zrobić raz, dwa, pięć, pięćset, tysiąc razy. Zwłaszcza jeśli omijając zgrzyty udało się coś przy tym osiągnąć. Łatwe? Nawyk?  

I nawet gdyby założyć, że ma sens odwrócenie tego nawyku, czy aby teraz ta cześć, która odwraca nawykowo działającą tamtą część  nie będzie się bać? Utraty pozycji, odkrycia fałszu, poznania się z tą co jej ma nie być? A co jak obie dostrzegą Ja? Małe, zapomniane, wciąż naturalne, stojące z boku i czekające na swoją kolej kiedy tamte już przestaną walczyć ze sobą o pole? Radość czy złość? Jasne czy ciemne. Część czy całość? Szkło czy mech? Jak przestać zmniejszać jedną część by była druga? Dlaczego wciąż jedna ma większe prawo niż druga?

W kilkudniowej, treningowej pracy grupowej,  wyraźnie widać jak ludzie próbują pokazać, że są w innej energii (emocjach, stanie) niż są faktycznie. Ujawnianie trudności jest odrzucone na wstępie.  Mówienie o lęku, złości, wstydzie, smutku, zaprzecza przyjętemu i obowiązującemu mitowi sukcesu. Radość jest chcianym stanem, więc raczej tam się wypada kierować. Niestety jakość tej radości odgrywanej „na skróty” jest jakaś. To „jakoś” a nie jakość.  To pokazywane z woli, wyboru, zamiaru pokazania się sobie i innym  jakoś przypomina radość, jednak trudno to z radością pomylić, bowiem jest jeszcze coś. W podwójnych sygnałach pojawia się Ciemna strona mocy. A przynajmniej takim mianem okrzyknięta strona mocy, ta Moc zawierająca trudne emocje.

Proces rusza, grupa rozpoczyna drogę do pełniejszego obrazu, współpracy i poznania, mija wiele godzin i dni, leje się sporo łez, zdarzają się zapowiedzi opuszczenia grupy, są podniesione głosy, symptomy cielesne i bardzo ciche słowa. To tu to tam ktoś mówi też te ciemne słowa. Coraz częściej. Strach, złość, gniew. Postrach jeszcze większy, groza a zaraz potem u(śmiech). Zaskoczenie. Z czego się tu śmiać. A może to jednak radość? Zaraz po strachu, gniewie, złości i smutku?  Dopiero po nich?

Odpowiedni czas poświęcony ujawnianiu będących niestety w większości (trzech z czterech głównych emocji) owocuje ulgą, oddechem, przyjęciem tych postaci w nas, co miały siedzieć pod stołem i waliły pięścią w podłogę. Uwzględnieni nie tylko się zgadzają na nią ale nawet zapraszają tę wyczekiwaną królową emocji. Radość. Po salwie gniewu spontanicznie pojawia się śmiech, jak na komendę. Wszyscy. Bez powodu? O co chodzi? Co się stało?  Skąd to? I jaka lekka a zarazem mocna energia w nas…

Radość też może stać w poczekalni. Może nie móc się przebić przez pozostałą większość. Kiedy głowa decyduje, że ma być radość, pojawi się raczej dziwny grymas na twarzy, dysonans w odbiorze, odmowa i złość na siłowe zapraszanie do bycia w radości. Kiedy jednak w sercu (w grupie) zrobić miejsce na ciemną Trójcę, wysłuchać jej , polubić i docenić, ona sama (Trójca) zaprasza oczekiwaną Radość. Dopiero wtedy się zgadza, by zrobić jej miejsce. Bez tej zgody radości może być ciężko się przebić.

Mniejszość zmarginalizowana będzie zawsze dochodzić swoich praw. Jak nie wprost to spod stołu. Dla pełni potrzeba by sprawy mniejszości i większości były wysłuchane. Zarówno ja, który się złoszczę rozumiany jako część mnie, figura senna, jak i jako osoba, jako członek grupy, kiedy mają do powiedzenia coś niechcianego muszą być wysłuchane. Mało tego wysłuchane z intencją przyjęcia, może nawet zaakceptowania, polubienia,  pokochania. Bez tego nie ustąpią. I nici z radości. Nie zrobią jej wystarczająco miejsca.  I tę intencję może można wybrać. To bardzo ważna umiejętność.  

O ile praca z trudnymi emocjami jest jak droga po tłuczonym szkle, a bycie we wspólnocie, bliskości, radości w lekkości jest jak siedzenie na mchu, zauważamy w końcu,  że żeby usiąść na miękkim mchu, warto przejść drogę po stłuczonym szkle. Okazuje się, że nagrodą jest wolność, i bliskość wewnętrzna i w całej grupie. Okazuje się też, że droga przez szkło była niemal tak samo atrakcyjna jak siedzenie na mchu.  Łatwe? Może i nie. Warte jednak uwagi jako alternatywa jakości wobec jakoś tam.

Autor: Bartosz Płazak

31 października, 2019 by DW 0 Comments

Wu wei

Wu wei to jedna z zasad taoizmu. Mówi ona, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, że warto zgadzać się na bieg zdarzeń taki jaki jest, unikać ingerowania w bieg spraw i narzucania czegokolwiek. Przeciwstawia się formalizmowi, przykazaniom, zaleceniom, które maskują prawdziwe uczucia. Wu wei oznacza nie działanie. W tym niedziałaniu nie chodzi o bezczynność.

Chodzi o nie robienie niczego co byłoby wbrew temu co chce się wydarzyć, wbrew sobie, wbrew naturze świata. By robić to, co zbliża nas do siebie samych, co oczyszcza umysł i zaprasza tę wewnętrzną iskrę, której obecność w nas sprawia, że nie czujemy, że pracujemy, nie działamy w rozumieniu działania, które jest trudem. Chodzi o działanie płynące z wewnętrznej jasności, zgodne z jej naturą i prawami, działanie, które jest źródłem energii, samozasilającym się procesem pełnym życia.

W pracy z grupą jest coś kuszącego w tym niedziałaniu. Niedziałanie samo przychodzi prędzej czy później. Zaprasza, wyłania się tajemniczo z tego co próbuje się wydarzyć, z zachowania uczestników, z interakcji, z potrzeb, z języka, z wyników ćwiczeń, z trudności, oporu, zmian napięcia, atmosfery, chęci do pracy, wyników pracy, jakości interakcji. Ten naturalny ruch od działania do niedziałania jest pozornie sprzeczny z rolą prowadzącego grupę. Zaprasza pomimo to. I przychodzi taki moment, że zrobienie czegokolwiek co powinno być zrobione, co wynika z przyjętej formy,  wydaje się nie mieć najmniejszego sensu. Scenariuszowy pomysł na ciąg dalszy jest aż tak odległy od tego co się dzieje, od tego co jest potrzebą uczestników, co pogłębiałoby dotychczasowy przekaz, co wydaje się potrzebne, wokół czego jest energia, chęć, motywacja.

I to jest moment, który jeśli go zauważysz, poczujesz, zgodzisz się na niego i pójdziesz za sobą, za grupą, to może się wreszcie przestać dziać to co ma się dziać a zacząć to co chce wyjść na powierzchnię z procesu i co jest w tej chwili najlepsze. Działanie przechodzi w niedziałanie. Wychodzisz z roli tego co wie, co dzierży w rękach władzę i odpowiedzialność ma na plecach, tego który ma znać wszystkie odpowiedzi, mówi, wyjaśnia, dwoi się i troi na rzecz osiągnięcia przez wszystkich konkretnego, przewidzianego i oczekiwanego wyniku (o ile to w ogóle jest możliwe).

Rzeka, jeśli by tak nazwać pracującą grupę, ma swój nurt i zaprasza Cię byś w niego wskoczył. Przelewa się już przez wytyczany sztucznie brzeg.  Kiedy ryzykujesz i do niej wchodzisz i dajesz się nieść nurtowi stajecie się jednym. Ty jesteś mokry a rzeka zawiera i niesie Ciebie. Nie tracisz swoich możliwości. Uzyskujesz inne. Podobnie rzeka. Jest dalej sobą, nurtem, wirem, powierzchnią, głębią, dnem, kamieniem. Ale niesie i zawiera też ciebie. Zmieniacie się każde w sobie. Robicie to co chce się wydarzyć razem.

Nagle jesteście jednym i wpływacie na siebie. O ile zechcecie się szanować, wasze właściwości łatwiej przechodzą z jednego na drugie, pojawia się moc, która łączy jakości jednej i drugiej strony. Więcej też jest energii, uwalnia się wciąż dalej i na nowo. Nagle okazuje się, że bez wysiłku by zrealizować  program i tak on jest zrealizowany. Bez silenia się na odpowiadanie na wszystkie pytania i bez bania się o jakość odpowiedzi, wszystkie pytania są odpowiedziane. 

Wydarzyło się to w nurcie rzeki czyli w procesie pracy grupy.  Pracy w której byłeś członkiem grupy i prowadzącym, podążałeś za potrzebami realizując znane ci cele, uwzględniałeś uczestników a oni uwzględniali ciebie. Przeplataliście się by się wzajemnie wzmacniać, kształtować, trzymać się razem i wchodzić w spory. Satysfakcja była dla was drogowskazem i nagrodą. Ktoś powie hmm,  jak do tego doszło? Trochę wygląda jakby on tu niewiele zrobił. Ktoś inny: wszystko zostało zrobione, ba nawet sporo więcej. Tylko jak to się stało, kiedy? Jedno zawiera drugie i cały czas są koło siebie, przeplatają, zmieniają. Nic nie rób, rób nic. Wu wei.

Autor: Bartosz Płazak

24 października, 2019 by DW 0 Comments

PU (ść) się

Staramy się. Uczymy, douczamy, poszukujemy, doskonalimy, umacniamy, zmieniamy, dopracowujemy, budujemy, rozwijamy. Brawo. Naprawdę brawo. Świetnie. Dla nas, naszych bliskich, naszych współpracowników, ludzi wokół nas. 

Umysł dyktuje pytania: jak w tej sytuacji, jak w tamtej, skąd to wynika, skąd tamto, co się tu dzieje, co się działo wtedy, jak pomóc, kiedy przestać pomagać,  skąd wiedzieć, jak to robią inni, że im tak świetnie idzie? Super. Pytania to szansa na więcej świadomości, na rozwój. Ja z którym się utożsamiam, to samodoskonalące się, chciało by znać odpowiedzi, rozumieć i umieć z nich korzystać. Pytania, odpowiedzi, pytania, poszukiwania, nadpisywanie starego nowym, wracanie do starego, szukanie nowego Nowego. Ech, zamieszanie, wirowanie. Rozwojowe… a jednak zamieszanie.

A kiedy siadasz przed grupą całe to zamieszanie siada z Tobą.  Niestety, siadasz z całym tym procesem. Dylematy, pytania, wyzwanie. Ciekawość, opcja, wariant. Umysł  działa szybko i dalej stawia pytania, na warsztacie też. Pracujesz. Raz wychodzi a raz nie. Raz jest fajnie a raz mniej. Magicznie powiązana z krytyką potrzeba doskonalenia podpowiada te oceny… Oczywiście grupy są zadowolone, sukces za sukcesem, warsztat za warsztatem jest ok. Jednak niezadowolony krytycznie nastawiony wewnętrznie ja/ty wciąż pyta:  czy dobrze, czy na pewno? Czy wystarczy? Pyta w trakcie, pyta po, pyta przed…  i szuka czegoś lepszego. Idzie po więcej, lepiej, bardziej. Brawo. Naprawdę brawo. Świetnie. Dla nas, naszych bliskich, naszych współpracowników.

W tradycji taoistycznej  Pu oznacza prosty, uczciwy, naturalny. Pierwotny stan.  Znak (w piśmie Chińskim) Pu składa się z dwu elementów: oznaczającego drzewo i oznaczającego zagajnik. Pu oznacza rodzaj pierwotnej mocy, potencjału właściwych drzewu, które po prostu rośnie. Pu to moc towarzysząca czemuś naturalnemu, niezmienionemu.  Twoja moc Pu to zwyczajnie, to kim jesteś  w tej okoliczności, po prostu to co teraz w sobie masz. Takie jak jest. Z wiarą w swój talent, możliwość, unikalną jakość, najlepszą w tej chwili. Warunek:  naturalna moc PU towarzyszy Ci tym bardziej im  mniej  zmian pierwotnego stanu PU.  Jak dziecko ze swoim czystym umysłem, pełnym potencjałem, dziewiczą prostotą i plastycznością. Jest i ma moc.  Odrzucając komplikację, dążenia do ulepszenia, arogancję ego które domaga się doskonałości czyniąc to co jest niedoskonałym jesteśmy w PU.  Moc jest przed zmianą. Pu to przedrefleksyjna obecność, czysta, niezmieniona. Pu(sty), ciekawy umysł dziecka.

A gdyby tak puścić te pytania? Nawet zapytać, ale nie szukać odpowiedzi nigdzie poza sobą. Gdyby siąść i pozwolić by działo się co chce się dziać? Być i robić to co czuję.  W zgodzie ze sobą.  I na tym warsztacie jako trener: na temat, pozostając w celach, zgodnie ze sztuką. Ale bez parcia na doskonałość? Za to będąc w swoim flow, w zgodzie z moją naturą. Tak po prostu. Naturalnie i czysto. Ze zgodą na to, że to właśnie jest najlepsze? Z właściwością PU.

PUść się. Prowadź tę grupę tak jak czujesz. To radość i moc. Choć na chwilę PUść się na każdym warsztacie. Przedłuż ciszę jak nie wiesz co dalej, czujesz, że coś chcesz powiedzieć ale jeszcze nie wiesz wyraźnie co, poczekaj na to, znajdź to w sobie, nic nie mów jeśli nie chce ci się mówić, zapytaj o coś jeszcze, co z pozoru nie ma znaczenia, podziel się swoją radością, frajdą, odczuciem, myślą, obserwacją, nadzieją, trudnością, niepokojem, zaproponuj coś innego, zmień kierunek bo tak czujesz, podążaj za sobą i za grupą. Zrób po prostu to co chce być zrobione. Zagajnik. Drzewa. Drzewo rośnie.  Po prostu. Jest jakie jest. A potem jest następne.

Bartosz Płazak