KONTAKT

Adres:
Gajrowskie 12a
11-510 Wydminy

Bartosz Płazak tel. 502 351 161

Obserwuj nas

Category: Blog HST

30 października, 2019 by DW 0 Comments

Yu wei

Chiński znak Yu wei składa się z ręki i księżyca. Sięganie po księżyc. Branie tego co nie daje się wziąć. Sięganie po coś co z natury nie da się wziąć. Za daleko, za duże, za nieosiągalne, za niemożliwe. Za, za, za. Tak oczywiste jest, że nie da się sięgnąć po księżyc. A jednak jest pokusa. Mamy nawet przykład takich dwu co sięgali… 

W paradygmacie materialistycznym, w naszych czasach, w społeczeństwie świata zachodu słowa w rodzaju: „sięgaj gwiazd, możesz wszystko, sky is the limit są mitem sukcesu tych czasów (mitem w rozumieniu ścieżki po której należy, powinno się iść).  Dla bardziej prężnych ego oznacza to: mogę mieć co zechcę. Sukces  jest tym czego powinniśmy oczekiwać od życia. Może nie tylko od swojego. A przecież mit mitem a życie życiem. Raz łatwiej raz trudniej. Przy odpowiednio dużym imperatywie osiągania (sukcesu)  łatwo o frustrację, pokusę pójścia drogą na skróty. Blisko stąd do próby kontroli-usunięcia z drogi tego co przeszkadza. Wtedy przecież uda się to co ma się udać. Tak czy siak wymaga to działania. Robienia czegoś by osiągnąć coś innego i pokonywania przeszkód na tej drodze. Yu wei czyli działanie, to przeciwieństwo niedziałania (wu wei). W taoizmie wu wei i yu wei to podstawowe elementy tej filozofii. Uzupełniające się nawzajem i stojące w dynamicznej opozycji.

A na sali szkoleniowej z grupą, działanie czy niedziałanie? Bo przecież jest coś do osiągnięcia. Bez wątpienia. Więc działanie. Osiąganie. Realizacja ćwiczeń, przekazywanie wiedzy, praca z oczekiwaniami, spełnianie, wyjaśnianie, odpowiadanie na pytania, dążenie do zrozumienia.  Mieszczenie się w czasie. Zajmowanie się tematem i celem a nie tym co niesie proces, na co mielibyśmy ochotę, albo co ważnego pojawia się spomiędzy wierszy scenariusza kiedy jest on realizowany na sali. Zamykanie się w ramie tego po co tu się spotkaliśmy, tak jak ona jest tu rozumiana. Warsztat – edukacja. Trener – ktoś kto uczy. Uczestnik – ktoś kto odbiera i dostaje. Relacja: oddzielenie, zależność uczestnika.Wyższy status prowadzącego. Struktura pracy i dynamika. Widać efekty, po kolei dzieje się i można je odliczyć. Liniowo.  Łatwiej w ten sposób o mierzenie wyników. Wielu, może większość uczestników łatwiej uchwyci co się wydarzyło, jakie mają „przychody” i korzyści w życiu czy pracy. Działanie, robienie, dzianie się, ruch, tempo. „Działo się, oj działo się” to świetna rekomendacja dla warsztatu, kiedy wypowiada ją uczestnik po nim. Łatwo pomyśleć, że co przekazane to nauczone, co wysoko ocenione to dobrze zrobione, co pokazane w atrakcyjnej dynamicznej grze, dobrze zostało przyswojone, co pokazane w atrakcyjny  sposób w nowoczesnej aplikacji to lepiej przyswojone, brak ciszy, brak nudy, wypełnienie tym co wniesione przez prowadzącego. Zmysły bardziej obciążone. Uwaga na ramie. Rama i struktura pracy to bezpieczeństwo.  Prowadzący zaś trzyma się roli, nie wchodzi za bardzo w interakcje, nie dzieli się sobą za bardzo, zaradza rodzącym się problemom, sam odpowiada na wszystkie pytania, mówi z miejsca tego który wie i bierze odpowiedzialność za wynik warsztatu na siebie. Taka forma pracy najczęściej jest atrakcyjna dla uczestników bo nie muszą się narażać na wyjście ze strefy komfortu. Czy jednak o to chodzi? Czy w ten sposób sięgamy (jako uczestnicy) po rozwój? Czy może po księżyc?  Jak włączyć nie działanie? Czy to coś może dać? Czy da się coś osiągnąć w pracy nie pracując? Jakoś trąci absurdem.

Działanie jest ok. Jest bardzo potrzebne. Nie wydarzy się to co konieczne bez działania, robienia i bycia w roli. Jednak powinno je uzupełniać nie działanie. Podążanie. Branie tego co jest za przewodnika i wychodzenie poza granice planu i znanego. Jak to w taoistycznej zasadzie-jedno przenika drugie. Jedno zawiera drugie. Istotą wszystkiego jest zmiana. Robiąc jedno zapraszasz drugie. Nie da się być w jednym. Zmiana i tak nadejdzie. Czy chcesz czy nie. Jeśli odnajdujesz się w działaniu szukaj niedziałania. Jeśli w niedziałaniu również działaj.

Autor: Bartosz Płazak

12 października, 2019 by DW 0 Comments

Emocje w pracy trenera. Strach

W powszechnym doświadczeniu strach to jedna z bardziej niepożądanych emocji. Kryje się pod stresem, tremą,  denerwowaniem się, niepokojeniem. Najlepiej, aby strachu nie było, myślisz. Ale się pojawia, (prawie) zawsze jest. Przed każdym wystąpieniem, warsztatem, szkoleniem, ważną rozmową, egzaminem. Powiem tak: to bardzo dobrze!

Proponuję ci zmianę historii jaką masz o strachu. Jeśli uważasz strach za zagrożenie, jako coś co odbiera ci siłę, kontakt z tym kim jesteś, z twoimi wartościami i z treścią jaką przychodzisz do ludzi, pewność siebie i zaufanie w swoje możliwości, to wierzysz w historię o strachu, która ci zdecydowanie nie służy. Tak, to kwestia historii, w którą wierzysz. Najnowsze badania nad stresem dowodzą, że jeśli wierzymy, że stres nas zabija, to będzie nas zabijał. Dlaczego tak się dzieje? Pobudzenie organizmu na skutek bodźców z zewnątrz, które mózg ocenia jako zagrażające lub nie, jest czymś naturalnym. Ciało mobilizuje się do akcji. Siła tego pobudzenia zależy od specyfiki twojego układu nerwowego, która jest właściwa dla ciebie, ale jeśli dołożysz do siły tej reakcji wpływ myśli, które automatycznie się pojawiają i negatywnie oceniają całą sytuację, to stres się potęguje. Jawne i niejawne myśli sprawiają, że stres cię przytłacza, co z czasem może doprowadzić do wypalenia.

Co więc zrobić? W pierwszej kolejności zmień swoją historię o strachu. Strach, jak każda z czterech głównych emocji, w najbardziej podstawowym wymiarze, to określona ENERGIA w ciele. Energia strachu, to mobilizacja, gotowość do działania. Coś dzieje się dla ciebie ważnego i twoje ciało się mobilizuje. Można nawet powiedzieć, że cię wspiera w danej sytuacji, bo oprócz umysłu masz jeszcze sojusznika w swoim ciele. Tutaj właśnie zaczyna się zmiana stosunku do strachu. Przestaję patrzeć na ciało w strachu jako zagrożenie dla życia czy dobrostanu. Po prostu czuję strach. Zaobserwuj u siebie symptomy tej emocji. Jak się przejawia strach w ciele? Naucz się je zauważać. Zauważaj też myśli, które temu towarzyszą, ale pozostawaj uwagą bardziej przy ciele.

Następnie zadaj sobie pytanie, o czym jest twój strach, czego się obawiasz. Emocje niosą ze sobą INFORMACJE. Co ważnego dzieje się dla ciebie w chwili strachu? O co tak naprawdę w tej sytuacji chodzi? Czego chcę, potrzebuję, gdzie są moje granice, jakie działanie jest potrzebne? Pytaj o to swój strach. I jak już to wiesz, to wykonaj to działanie wykorzystując właśnie energię płynącą ze strachu!

Strach to archetypowa emocja magów, czarodziejów, twórców, kreatorów. Bez strachu nie ma tworzenia. Bez strachu nie kreatywności. Nie ma przekraczania ograniczeń, wkraczania w nowe. I to jest nowa historia o strachu. Strach jest potrzebny do tworzenia, kreowania, wymyślania, planowania. To konfrontacja z naszą wiedzą i otwarcie się na nie-wiedzenie, po to, aby wyłoniło się coś nowego, właśnie w tej chwili, kiedy tego potrzebujemy.

Strach otwiera cię na to co się dzieje, kiedy prowadzisz grupę na procesie. Pozwala ci być w uważności i reagować na to, co się dzieje. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że bez strachu jest to niemożliwe. Jak nie ma strachu, to znak, że rządzi tu głowa, twój plan, jak ma przebiegać cały proces.

Jak praktykować takie świadome bycie w strachu i korzystanie z niego w pracy trenerskiej? Jedną z możliwości jest pójście na warsztaty bez planu jak je przeprowadzić i zobaczyć, co jest potrzebne, co przychodzi od uczestników. To jest możliwe, kiedy jesteśmy w nowej historii o strachu. A więc, bój się i rób!

Emilia Ślimko

27 września, 2019 by DW 0 Comments

Moc parafrazy

Właściwie to nic wielkiego. Powtarzasz to, co przed chwilą powiedziała osoba, z którą rozmawiasz. Zależy Ci na kontakcie i chcesz uniknąć nieporozumień, więc sprawdzasz, czy dobrze rozumiesz, co słyszysz. Być może przez powtarzanie chcesz zapamiętać informacje, które ta osoba przekazuje. Tak może działać parafraza. Stosuje się ją jako podstawowe narzędzie aktywnego słuchania, a usłyszane treści zazwyczaj ubiera się we własne słowa. To wiemy z teorii o efektywnej komunikacji. Ale parafraza, czy inaczej powtarzanie, tego co słyszysz, może mieć o wiele głębszy efekt dla obu stron.

Aby komunikacja miała miejsce, potrzebny jest nadawca komunikatu i jego odbiorca. Komunikat jest zakodowany w specyficzny sposób – jak np. w odpowiednim szyku słów lub gestów, przekazywany przez wybrany kanał łączący obie strony, np. w rozmowie telefonicznej lub podczas spotkania w cztery oczy. Co sprawia, że zwracamy się do kogoś z danym komunikatem? Przyjmijmy kilka założeń. Za każdym komunikatem stoi jakaś potrzeba – czegoś chcemy lub potrzebujemy w związku z tą osobą, sytuacją, naszym stanem w danym momencie. Komunikat możemy zakodować w sposób odpowiedzialny, czyli taki, w którym jasno komunikujemy, o co nam chodzi, albo w sposób nieodpowiedzialny, gdy “owijamy w bawełnę”. To ostatnie nie musi wynikać z naszej intencji, ponieważ niekoniecznie zawsze mamy świadomość, o co nam chodzi, kiedy zaczynamy komunikację. Tak samo odbiorca może w sposób nieodpowiedzialny odkodować nasz komunikat, bowiem może usłyszeć to, co chce lub wziąć nasze słowa za właściwą treść, którą chcemy przekazać. Odbiorca może mieć jakieś poczucie lub wrażenie po odbiorze komunikatu, ale niekoniecznie usłyszeć o co dokładnie chodzi. Może wówczas zachować się w sposób, którego nie przewidzieliśmy.

Jak więc słuchać i odbierać komunikat w sposób odpowiedzialny? Zanim padnie odpowiedź, potrzebne jest nam jeszcze jedno założenie: komunikacja trwa dopóki właściwy komunikat nie zostanie odebrany, czyli usłyszany. Innymi słowy: jeśli usłyszysz, co do ciebie mówię, i będę mieć pewność, że to, co słyszysz, jest tym, co do ciebie mówię, to pojawi się we mnie uczucie ulgi, że zostałam zrozumiana i mogę zakończyć tę komunikację. I zająć się czymś innym. W innej sytuacji może być tak, że przez cały dzień będę próbowała ci to przekazać na wiele różnych sposobów, do momentu aż usłyszysz, w czym rzecz. I tutaj ze swą mocą przybywa parafraza.

Najlepiej przetestować to przy najbliższej okazji. Kiedy kogoś słuchasz, poproś, aby w czasie swojej wypowiedzi robił/robiła krótkie przerwy, abyś mógł/mogła powtórzyć to, co słyszysz. Nie ma potrzeby, aby ubierać to wyszukane własne słowa, powtarzaj możliwie wiernie  i często. Umów się ze swoim rozmówcą, że po każdym powtórzeniu da ci sygnał, że to jest dokładnie to co powiedziałeś (najprościej słowem TAK) albo niech cię skoryguje, jeśli to nie to (powtórzy jeszcze raz, co chce powiedzieć). Być może wydaje ci się to teraz dość sztuczne, niemniej w praktyce, po chwili powtarzania, odkryjesz, że rozmowa zmierza do sedna – tego co ma być przekazane. Kolejne potwierdzenia – TAK – od osoby, z którą rozmawiasz, pozwolą jej bez blokad z twojej strony, powiedzieć dokładnie to, co potrzebuje być wypowiedziane. Co więcej, takie powtarzanie i potwierdzanie, pozwala zejść głęboko w procesie wewnętrznego odkrywania, o co tak naprawdę chodzi, a więc jaki jest najgłębszy komunikat. Gdy osoba, z którą rozmawiasz powie dwa razy to samo po twoich powtórzeniach, to jest najprawdopodobniej właściwa treść, która ma do ciebie trafić. Jest to tzw. pętla domknięcia komunikacji.

Niektórzy mówią, że pod każdym aktem komunikacji kryje się komunikat “kocham cię”. Zapraszam cię do eksperymentu, by to sprawdzić.

Emilia Ślimko

13 kwietnia, 2019 by DW 0 Comments

O pojemności.

Wydawać się może, że to do przyjęcia. Wystarczy o tym opowiedzieć, trzeba o tym powiedzieć! Warto o tym mówić by zostało przyjęte. Przekaz powinien być zdecydowany, intrygujący, barwny, tak żeby przykuwać uwagę. Wtedy nastąpi przyjęcie i zmiana. Nauczenie się, też będzie. Ktoś będzie już to miał. Bo ja to mam w sobie i umiem przekazać. Odpowiednio krótko bo tak uważam, że jest najlepiej albo odpowiednio kwieciście i długo bo tak do mnie przemawia. Zależy jak Ja to widzę…

Wydaje się logiczne. I może można by się spodziewać że zadziała. A jednak bywa, że w pracy z grupą, z uczestnikiem nie działa. Coś się korkuje, coś nie idzie, coś zapada się w ciszy i zmienia się energia pracy. Prowadzący może być święcie przekonany, że to co wnosi jest adekwatne, na temat, warte uwagi i ciekawe. A jednak coś nie jest tak…

Mamy grupę, albo uczestnika warsztatu. Ma on (mają oni) swoje doświadczenia, nadzieje, potrzeby, jest (są) osadzeni w tym swoim świecie. Mają swoje progi, ich świadomość obejmuje inny zakres niż Twoja. Pojawiają się na szkoleniu gdzie prowadzący ma za zadanie czegoś ich nauczyć (a przynajmniej często tak widzi swoją rolę i mocno jest w tym postrzeganiu siebie osadzony). Uczestnicy i prowadzący chcą współpracować i wydaje się, są dokładnie kompatybilni ze sobą. Warsztat jest na temat, mieści się w ramach czasowych, zgadza się program.  Uczestnicy dają sobie informację zwrotną a prowadzący dodaje od siebie. Niekiedy jest to feedback dla uczestnika niekiedy jest to wstawka teoretyczna. Pojawiają się emocje. Nie wiadomo skąd. Daje się zaobserwować zahamowanie pracy. Przestają być aktywni ci co byli najbardziej, zaraz potem Ci co zaczynali być aktywni, ci co nie zaczęli nie zaczynają. Robi się dziwnie. Może być wiele przyczyn, ale dziś o pojemności.

Nie da się przekazać więcej niż ktoś może przyjąć. Przekonywanie, argumentowanie, pokazywanie atrakcyjnych pomocy, bądź przedłużanie wywodu może być nieskuteczne. Bo nie ma pojemności. Pojemność jako zdolność przyjmowania i przetwarzania treści z założenia służących wzrostowi kończy się przede wszystkim z powodu nadmiaru przeżyć. Nadmiaru wiedzy, nadmiaru zabaw, nadmiaru gier, ćwiczeń, slajdów. Szczególnie z powodu nadmiaru emocji. I tu w przestrzeni emocji mamy szczególną rafę. O ile zadania, gry, ćwiczenia można jeszcze jakoś policzyć i przystosować o tyle emocje dzieją się we wnętrzu ludzi. Nie mnie, prowadzącego, nie w mojej głowie, która może mogłaby je policzyć i zaprojektować, przystosować… Dzieją się w ciałach uczestników.

Jedynym sposobem na dostosowanie dawki wsparcia jest uznanie, że dziać się może i się dzieje, obserwacja tego „dziania się” i (za) przestawanie dawania przestrzeni, narzędzi, feedbacku, wsparcia innego rodzaju póki czas.

Jak powiedział mój nauczyciel. Dobrze nie zagłaskać kota.

Prowadzący dobrze by miał raczej wizję jak stworzyć przestrzeń do uczenia się tych osób. Warto by brał pod uwagę ich możliwości przyjmowania, przetwarzania, posiadanie lub nie posiadanie aparatu pojęciowego wspierającego przyjęcie nowego i korektę zachowań.

I chyba co najważniejsze dobrze byśmy byli uważni.

Uważność na siebie ( co dzieje się we mnie) uważność na zachowania osób, na zmianę „temperatury” na sali, uważność na zmiany aktywności, uważność na wzrost bądź spadek jakości wytworów grupy, uważność na głębokość wejścia w merytorykę a i też w wnętrza uczestników, uważność na… uważność na…

Te uważności mówią trenerowi ile może jeszcze zrobić. I to ona pozwala odczytać  sygnały o pojemności lub jej braku.  Nie można wlać dzbanka do szklanki. Bo się wyleje.

Autor: Bartosz Płazak

13 kwietnia, 2019 by DW 0 Comments

O uważności w trenerstwie: emocje i trudności.

Często prowadząc warsztaty czy szkolenia, spotykamy się z sytuacjami, w których dzieje się coś ważnego, niekiedy trudnego, w grupie lub u konkretnych osób. Co wtedy zrobić? 

Ja w swojej pracy korzystam z podejścia uważności. Prowadząc warsztaty na początku deklaruję przestrzeń tak, aby uczestniczki i uczestnicy mogli mówić o tym, co się w nich pojawia, łącznie z oporem, niewygodą, niezgodą na coś. W podejściu uważności wszystko to, co się wydarza jest w porządku – jest „materiałem”, któremu mogę się przyjrzeć, który niesie ze sobą ważne dla mnie informacje. Jest to coś, co robimy praktykując uważność – przyglądamy się bez osądzania przeżywanym przez nas stanom emocjonalnym i myślom. Zapraszamy te doświadczenia, by usłyszeć, co ważnego się dzieje, co wypieramy, czego nie akceptujemy albo akceptujemy tylko pozornie.

Tak samo jak do swojego wewnętrznego doświadczenia, możesz podejść do tego, co wydarza się na warsztacie. Ważne jest wydobycie trudności na „światło dzienne”, bo inaczej możesz utknąć z procesem grupowym czy programem w miejscu i nic dalej nie pójdzie. Co z tego, że masz super plan i narzędzia, kiedy praca w grupie nie idzie, bo w cieniu czai się jakaś bomba. Wtedy rozwiązaniem jest się zatrzymać i zapytać: „co się dzieje? w czym teraz jesteście?”. Jeśli widzisz, że konkretna osoba przeżywa coś ważnego lub trudnego, możesz skierować do niej pytanie: „co czujesz w tym momencie?” i dopytać dlaczego. W dalszej kolejności, jeśli jest taka okoliczność, zapytaj: „co mogę dla ciebie w tym momencie zrobić?” albo „czego teraz potrzebujesz od grupy?”, albo, kluczowe pytanie w praktyce uważności, „czy możesz to doznanie poobserwować przez najbliższy czas?”. To ostatnie uczy pewnej szczególnej postawy wewnętrznej. Bez względu jak trudne jest moje doświadczenie, to mogę je przyjąć, czuć emocje z tym związane oraz wziąć za to odpowiedzialność, choćby w tym prostym wymiarze, że to doświadczenie jest moje. Z drugiej strony jest też grupa, która w miarę możliwości, może udzielić mi wsparcia.

Dzięki temu, że ujawniamy to, co się dzieje, przestaje „to” straszyć, „wisieć w powietrzu”, wpływać z ukrycia na atmosferę w grupie i samopoczucie osób. Ujawnianie z nastawieniem życzliwości, współczucia wobec doświadczeń drugiej strony, z mojego doświadczenia, daje poczucie ulgi dla wszystkich. Szczególnie, jeśli uczestnicy i uczestniczki przeżywają emocje związane z nami (osobami prowadzącymi). To wymaga od nas odwagi i być może nie zawsze mamy ochotę zmierzyć się z emocjami innych. Być może być i tak, że otwarcie przestrzeni na ujawnienie tego, nie jest po drodze naszym zamiarom i nie służy grupie, a może nawet danej osobie. Zachęcam cię do tego, aby z uważnością i życzliwością (do siebie i grupy) przyjrzeć się temu i rozsądzić, co jest korzystne w tym momencie dla grupy czy osoby. Zachęcam cię też do tego, aby pozwolić uczestnikom i uczestniczkom twoich warsztatów i szkoleń wnosić swoje emocje. One i tak są, nie da się ich wyłączyć na czas szkolenia. Stworzenie przestrzeni na ujawnianie i nazywanie przeżyć może ubogacić proces i zwiększyć powodzenie tego, co robisz pracując z innymi.

Autorka: Emilia Ślimko

12 listopada, 2018 by DW 0 Comments

O robieniu NIC.

Osobiście uważam, że jest to jedna z ważniejszych kompetencji trenera. Nic nie robić. Tak, tak. Słyszę już te:  „jak to?”, „co Ty mówisz?”, „co ty?”… Tak, chodzi o to by nic nie robić. Zadziwiająco często, warto a sytuacja aż prosi o Nic. Z czasem i stażem widzę i wiem, że jest to bardzo efektywny sposób pracy. To działanie, które wywołuje zaskakująco dobre efekty.  Pobudza, uczy, wspiera, podnosi energię, uwalnia potencjał, przenosi przez progi, buduje relacje, uczy samego siebie, wzmacnia samoświadomość, kontaktuje z emocjami, buduje moc osobistą, znakomicie wspiera osiąganie celów. Oczywiście w modelu pracy z grupą, w którym Uczestnik jest widziany i chciany jako partner a nie jako podmiot do realizacji pomysłów ze scenariusza prowadzącego.

Podejmowanie szlachetnego Nic trochę wymaga. O tyle wymaga, że przecież po jednej i po drugiej stronie ( uczestnika i prowadzącego) powstaje próżnia. To o nią tu chodzi. Próżnia kiedy styka się z powietrzem albo innym środowiskiem działa na nie ssąco.  Przekładając na język rozwoju zachęca do ujawniania się potencjału. I byłoby bardzo pięknie i prosto zamiast wymagająco (czytaj trudno albo chociaż trudnawo) gdyby nie kilka przekonań, emocji, oczekiwań, założeń nawiniętych na role, w których widzi się uczestnik i trener (czyli za kogo się on/ona w tej relacji ma).

Oczywiście. Kiedy Grupa ma do czynienia z trenerem pracującym w znacznym poziomie swobody, obecności, łączącego strukturę z procesem,  w kontakcie i reagującego na zmiany potrzeb, potencjału i pozwalającym sobie na naturalne podążanie za sobą i za grupą i jest to ten pierwszy raz, będzie zaskakująco. Pewnie będzie sprzeciw, protest, opór, trudności, wezwania do poprawienia się (naprawienia się) czyli podjęcia aktywności przez prowadzącego. No bo przecież to jego obowiązek. Prawdopodobnie pojawi się napięcie.  Zawsze jest ten pierwszy raz.  Później często się coś zmienia i cisza zmienia się w Ciszę. Cisza z wzrokiem w podłogę zmienia się w Ciszę pełną błyszczących oczu. Prawda, że inny potencjał ?

W ćwiczeniach wprowadzających do medytacji, praktyki uważności zachęca się do wglądu w to, co się pojawia kiedy zwalniamy, zatrzymujemy zwyczajową (w tym zachodnim świecie) aktywność ciała i umysłu. Jest za tym założenie, że coś tam jest. No i jest. Jak zatrzymujemy aktywność (czytaj dynamikę i strukturę pracy człowiekiem, grupą ludzi), która angażuje, zajmuje, wypiera to co jest niżej i głębiej w nas do głosu dochodzi TO. A wewnątrz TO są potrzeby, emocje, przekonania, wartości, motywacje… Słowem wszystko to co czeka w kolejce, często zapomniane, niechciane i tym bardziej wołające o uznanie swojego prawa do obecności. Parafrazując:  TO wszystkie części mnie, którym każę czekać bo na teraz wybieram co innego.  W dobie dogmatu sukcesu rozumianego jako osiąganie, najczęściej TO oznacza potrzeby Ja. Natomiast przykryte jest tzw. pragmatycznymi dążeniami.  W grupie na wierzchu mamy więc potrzebę pozyskiwania tego co ma nas ulepszyć, unieść, jeszcze zwiększyć efektywność w osiąganiu. Pod tym mamy Ja, (widzę to w każdej grupie z którą pracuję) które  potrzebuje wspólnoty, bliskości, pogadania, posiedzenia, powiedzenia co mu się nie podoba, zadania pozornie głupiego pytania, uzyskania przestrzeni bezpieczeństwa do powiedzenia o sobie i o tym co mu jest do szczęścia na teraz potrzebne, często do wyrażenia zadowolenia, radości, uznania (które to jako emocje, nie są przecież pragmatyczne i nie za bardzo pasują do sytuacji pracy, która ma dać jakiś wynik).

Kiedy więc zapada cisza, prowadzący ma na tyle spokoju w sobie co do tego że Ona ma sens to dochodzi do głosu To. I o ile zrobimy Mu trochę miejsca zaczyna się dziać to czego może bardziej potrzeba grupie a i prowadzącemu. Ujawniają się skonteneryzowane, skompresowane  procesy wewnętrzne. I trochę zaczynają być uzewnętrzniane. Na początek trochę. Lata trzymania nie ustępują w kwadrans. Cisza za to nawet kilkuminutowa, ma właściwość zapraszania ich na środek. Do pierwszego kroku.

To na tym nowym podłożu, nowej wyciszonej energii, nasyconej Ego (dążącym „Rób”) i Ja (będącym „Bądź”),  w pełniejszym kontakcie i bardziej prawdziwie ze sobą możemy „położyć” materię. A raczej materiał. Czyli to co mamy do zrealizowania, przekazania, powiedzenia, przećwiczenia. Pracować i być by zRobić co jest do zRobienia.

Cisza, której wielu uczestników bardzo się boi, i podobnie wielu prowadzących, jest katalizatorem kontaktu. Jest narzędziem. I bynajmniej nie jest przejawem lenistwa prowadzącego;).  Istnieje wiele rodzajów ciszy. O tym w kolejnym tekście.

Cisza pomaga nam wszystkim i że jest bardzo potrzebna. W niej się wydarza więcej.

29 października, 2018 by DW 0 Comments

O dawaniu, wymaganiu i miłości

To do ciebie. Chcę Ci powiedzieć. Nie dostałem, nie dostałam, nie ma tego czy tamtego, dlaczego nie chcesz mi wyjaśnić, ale ja to widzę inaczej,  nie dajesz tego co obiecałeś, miało być jakoś a jest jakoś. Obiecałeś. Jak to cię nie ma dla mnie? Dlaczego zadajesz mi to pytanie? Jak to? Po co to robisz? Przecież ja się tak starałem. Przecież on się chciał dobrze zostaw go. Było dobrze a Ty wskazujesz na coś innego.  O co ci chodzi?

Bardzo dobrze, że jest przepływ, że macie zgodę by mówić co Wam się nie podoba. To dobry znak rozwoju grupy. To możliwość spotkania. Dziękuję. Cieszę się, i wiem, że takie wypowiedzi prowadzą nas do lepszego kontaktu. Nie jest mi też wcale lekko bo wciąż tam siedzę jako człowiek, który obrywa. I to z mojej perspektywy niezasłużenie.

Dawanie jest trudne. W grupach warsztatowych szczególne miejsce sytuacji zajmuje dawanie rozwojowej informacji zwrotnej. Zaraz za nim jest nie dawanie tego co ktoś chce a co miałoby  mu pomóc siedzieć wygodnie w swojej strefie komfortu.  Później jest jeszcze dawanie wsparcia w  realizacji zadań, które są dla uczestników nowe, wymagające czy trudne i  pomaganie w braniu odpowiedzialności za siebie i swoją pracę. Na razie piszę „na warsztacie”, choć idzie przecież o życie, czy pracę zawodową bo po to chodzimy na warsztaty by się uczyć przydatnych tam zachowań. Bywa więc, że pomaganie uczestnikom sprowadza się do nie pomagania w ten sposób jak nasz odbiorca oczekuje od nas, bywa, że sprowadza się  do nie pomagania wcale i pomagania w godzeniu się z odmową. Dawanie i pomaganie okazują się więc tutaj trudne, mimo że same w sobie przecież obiecujące. Dla biorącego i dającego.

Więc niepomaganie na życzenie, dawanie trudnych (czytaj innych niż oczekiwane) informacji zwrotnych,  kierowanie uwagi w nieoczekiwane miejsca i zachęcanie do działań, które powodują, że ktoś dochodzi do progów swoich możliwości, swojej świadomości budzi  zachowania z pierwszego akapitu tego tekstu. Choć te wymienione tam są raczej z grupy subtelnych, łagodnych i dających mało we znaki. Bywają grupy, osoby, których potwory o wiele śmielej się ujawniają, co znacząco podnosi dynamikę tych sytuacji i stawia w trudności właściciela, grupę i prowadzącego.

Trzeba sporej wewnętrznej przestrzeni by się uporać z takimi zdarzeniami. Trudność zachowania uczestników może mieć rodowód w lęku przed przekraczaniem granicy rozwoju, które  to przekraczanie najczęściej bywa bolesne, trzeba pożegnać jakąś część siebie by przywitać  inną. Trudno jest będąc  na krawędzi swojej świadomości patrzeć w siebie,  łatwiej spojrzeć na kogoś i w nim lokować przyczynę swoich trudności. Stąd reakcje takie jak zarzuty, ataki, wycofanie, podważanie, zniechęcenie, szukanie koalicji w sprzeciwie, demonstrowanie niezadowolenia.  O ile jednak założyć etyczne, zdyscyplinowane, celowe działanie (tu pomijam możliwość popełniania błędu przez prowadzącego) trenera na rzecz uczestnika, zachowania te wydają się nie na miejscu i stają się trudne dla trenera i dla grupy (tej zawsze obecnej części, która ma zbliżoną do prowadzącego perspektywę bądź ją właśnie odkrywa przy okazji tego zdarzenia) …

Co może pomagać  prowadzącemu grupę w radzeniu sobie i w akceptacji tych zjawisk? Co daje wewnętrzną  przestrzeń i  umożliwia adaptowanie się w tych trudnych momentach? Do czego odnieść je w sobie?

Dobrze jeśli trener lubi ludzi. Słowo kocha jest lepsze, choć brzmi dla niektórych groźnie,  bo kojarzy się z miłością romantyczną, erotyczną a ta przecież nie jest do relacji na warsztat, pomiędzy uczestnikiem a prowadzącym. A jednak.  To miłość. Ta bezwarunkowa, akceptująca, wybaczająca. Ta, o której rzadko się w ogóle mówi a w przestrzeni osiągania (biznes, mainstreamowi środowiska uczelniane, projekty rozwojowe oparte na materialistycznym paradygmacie) jeszcze rzadziej. Patrząca na te zjawiska oczami wsparcia Osoby uczącej się. Pozwalająca zobaczyć zmaganie zamiast utrudniania,  strach zamiast ataku, bezradność zamiast generowania chaosu, obronę zamiast złośliwości, szukanie bezpieczeństwa zamiast sabotażu. To patrzenie sercem a nie logiką sytuacji, akceptowalnością, adekwatnością, oceną, czyli umysłem.  Czucie swoich emocji  kierowanie się nimi, zauważanie emocji kogoś i mieszczenie ich w sobie. Stąd z takiego miejsca pojawia się Wiedza. Możesz po prostu Wiedzieć co robić. Patrzenie sercem przygotowuje, układa też przestrzeń na trudną, twardą miłość. Tę, która wierzy i czeka z uporem na moment, w którym pojawi się dobra przestrzeń na ruch po tej obdarowywanej stronie, lub przestrzeń na ruch w jej stronę. Tę, która zostawia miejsce na wybieranie pozostania w miejscu odmowy, odsuwania się, dystansu czy nawet oskarżeń i nie dolewa oliwy do ognia. Tę, która nie daje tego czego się od niej oczekuje, bo wie, że to jest dolewanie oliwy do tego ognia, na który czas by gasł.  Tę, której paradoksalnie, nie zależy za bardzo. Bo to „za bardzo” nie pomaga.

Ta perspektywa uwalnia od napięcia. Pozwala patrzeć na kogoś kto zachowuje się w trudny sposób jako na kogoś kto mierzy się z wyzwaniem. Wtedy łatwiej jest pomagać . A nie dawać się wodzić za nos.

Najtrudniejsze bywa jednak to co jest warunkiem wejścia w perspektywę miłości do innych. A idzie tu o spojrzenie z miłością na siebie. O wybaczenie, o danie przestrzeni, czasu, opieki, wysłuchanie, zrozumienie, otwarcie i podążanie za impulsami zmian, za tym co zaskakujące i nieznane a często pojawiające się w naszych  zachowaniach mimowolnych, nie tych dyktowanych z poziomu rozumu (ego). Ta pierwotna przestrzeń eksperymentu uwalniania siebie, która o ile może być pełna miłości własnej, sprawia, że pojawia się analogiczna przestrzeń do eksperymentu, uczenia się,  błędu, i przeżywania trudności dla innych. I to ona jest nam potrzebna by wspierać innych w ich rozwoju z lekkością i spokojem.

25 października, 2018 by DW 0 Comments

O dysonansie

Nie ma opcji. Nie ma opcji by wszyscy byli zadowoleni. Zawsze ktoś, mniej lub bardziej jawnie, na forum, wobec prowadzącego, wobec innych uczestników albo wobec siebie jest (nie) całkiem zadowolony, usatysfakcjonowany, zaopiekowany, wyposażony, przytulony, wysłuchany, obdarowany, wsparty, zauważony, umocniony, odpowiedziany, zaproszony, przeproszony, postawiony do pionu, pozostawiony w spokoju, pogłaskany, ugłaskany, blisko, daleko…. Lista nie ma końca i zależy od potrzeb, przekonań, zaburzeń, chcący i niechcący wykreowanych przez prowadzącego oczekiwań …

Dopóki jesteśmy w grupie i pracujemy decydujący jest ogólny klimat i charakter grupy. Sprzeczne oczekiwania i pełzające niezadowolenie nie jest ujawniane w pełni, całkiem, wprost, na forum. Są też do ostatniej chwili pracy normy, zasady, zajmujący  proces grupowy i nadzieja. Oczywiście pod spodem dają się wyczuwać a na wierzchu zauważać różnice. Myśli, emocje, nastroje, potrzeby, oczekiwania, dążenia. Bez końca powstające, zmieniające się, ewoluujące wraz ze wzrostem uczestników, grupy, świadomości, wciąż z nowego poziomu pojawiające się. Cały czas. Zasilane nie(wiele) zmieniającymi się wzorcami z głębi.

Może to odbierasz może nie. Może widzisz, czujesz, słyszysz, może czegoś nie ma czego się spodziewasz. Sygnały mogą być różne. Jesteś jako prowadzący cały czas oceniany. I cały czas powstają sprzeczne oceny (mówiąc grzeczniej opinie). Niezależnie od tego co byś nie zrobił, to co zrobisz trafia na myśli, emocje, nastroje, potrzeby, oczekiwania, dążenia. Bez końca powstające, zmieniające się, ewoluujące wraz ze wzrostem uczestników, grupy, świadomości i wciąż z nowego poziomu pojawiające się. Cały czas. Zasilane nie(wiele) zmieniającymi się wzorcami z głębi. Jak myśli, w paplającym umyśle bez końca, nie zatrzymywane bez uwolnienia w medytacji albo w innej celowej, świadomej pracy.

Jeśli to odbierasz, bo trenujesz uwrażliwianie się na różne sygnały, bo uczysz się uważności, bo dążysz do udoskonalania się w obecności wobec grup, doskonalisz się w kontakcie ze sobą i masz coraz więcej informacji z własnej przestrzeni wewnętrznej może być Ci trudno. Przecież to spory ładunek różności. W trakcie pracy i  po pracy, po dwu dniach, bywa że po 5 albo po kilkunastu. Kiedy zgromadzisz wiedzenie o grupie i widzenie osób trzeba to jakoś pomieścić, jakoś sobie radzić z tym co sprzeczne. Z jednej strony widzisz jak wszystko idzie dobrze do przodu, z drugiej cały trud osób, grupy, swój i to jak one się o siebie zazębiają, jak ciężko jest odpowiedzieć, wyprowadzić, kiedy tyle jest sprzecznych dążeń, na czele z celami pracy vs. celami (możliwościami) uczestników.

Dysonans, czyli więcej niż jedna jednostka poznawcza (dwie sprzeczne, wykluczające się) w naszej świadomości, towarzyszy i uczestnikom i prowadzącym pracę grupową. Mam ochotę powiedzieć, że zawsze. Że w każdej grupie przed, w trakcie i po zajęciach. Wiele jest tych par walczących o uwagę, czas, zajmowanie się, energię i decyzję na ich rzecz. Czy dłużej czy krócej, czy jej czy jemu, czy teraz czy później, czy cel czy proces, czy emocje czy wiedza, czy kolejne słowo wywoła kryzys czy przed nim ochroni, czy to mu wystarczy, czy to jest uzasadnione… Obniżanie energii, motywacji, mniej i bardziej zaskakujące zachowania mające na celu obniżenie napięcia. Gdy zaczynasz walczyć o to co stare, utrwalone zabierasz sobie szansę na rozwój. Jeśli pozwalasz odruchowi obronnemu uruchomić tę obronę zabierasz sobie szansę na rozwój.

Ratunek w decyzji. Dla obu stron. Oby w  decyzji powiązanej z świadomością i współczuciem.

Nie mam więcej czasu, nie mam więcej możliwości, siły, mam całą grupę i jednego siebie, wybieram dla najlepszego rezultatu, wybieram z tego czym dziś dysponuję i co oceniam za najlepsze, opieram się na tym co dziś wiem, przyjmuję to co jestem w stanie przyjąć, uznaję, że mogę się mylić, uznaję swoje emocje i uważnie patrzę na siebie w poszukiwaniu źródeł moich emocji we mnie. Patrzę na wartość, korzyść, wzrost, znaczenie. Wybieram i zatrzymuję się przy jednym by nie stać w rozkroku przenosząc ciężar wciąż z nogi na nogę. W ten sposób ciężko iść dalej. Ja decyduję. Ty decydujesz. Nie chcę decydować, odraczam, poczekam, sprawdzę… To też decyzja. Może dobra dla Twojego rozwoju decyzja (interpretacja, refleksja) potrzebuje czasu ?

25 października, 2018 by DW 0 Comments

O samoświadomości

Wydaje się, że w pracy z grupami dorosłych, mam na myśli pracę w kontakcie,  czy to w edukacji, biznesie, czy na temat rozwoju osobistego, dla jej powodzenia ważne są co najmniej dwa czynniki. Wiedza i sposoby (czytaj narzędzia). Wiedza, bo przecież uczenie, trenowanie, szkolenie najczęściej traktowane jako synonimy ma wnosić coś do życia uczestników. Sposoby bo przecież trzeba jakoś atrakcyjnie i strawnie przekazać wiedzę.  To bardzo popularna opinia. To zarazem podstawowe odpowiedzi pojawiające się na pytania typu: co jest potrzebne by prowadzić warsztaty, szkolenia, by być trenerem, facylitatorem, moderatorem, by pracować z grupami, ludźmi…

Zgadzam się. Dla mnie również jest to fundamentalne.

Wiedza, jej posiadanie, głębokie rozumienie zagadnień, doświadczenie własne w obszarze tej wiedzy na temat której pracujemy pozwala zarówno mówić jak i pytać. Mówienie będzie dzięki wiedzy nasycone treścią i mocą. Pytania łatwiej się pojawią, mogą przecież powstać dopiero, kiedy istnieje świadomość wokół jakiegoś zagadnienia. Pytanie ułatwia wejście w kontakt pytającego i pytanego.

Widzący wiedzę w centrum prowadzący, trener, facylitator, moderator jakkolwiek go nie nazywać, jest bardzo blisko uczenia (nauczania) innych. To oznacza bycie w roli tego co wie i daje tym co nie wiedzą. Rola ta niestety robi z uczestników dzieci i czyni ich od niej zależnymi. Co z kolei prowadzi do napięcia kiedy zastosowanie wiedzy nie chce się udać (bo niestety sama wiedza to za mało, a do roli guru trudno kierować pytania czy dyskusję). Z kolei przetrenowanie i nauczenie się na błędach wymaga czasu a jest on przecież przeznaczony na wiedzę.

Pytanie czy można wyjść z roli tego co uczy (przekazuje wiedzę) i być w roli tego co pyta i  pomaga ją odkrywać bo wierzy, że ludzie ją mają?  Może warte uwagi jest stwarzanie okazji do uczenia się nawzajem od siebie? Może to będzie bardziej partnerskie wobec poszukujących rozwoju uczestników i trochę mniej kusić prowadzącego do brania za dużej odpowiedzialności za wyniki uczestników? I pozwoliłoby na dodatek dodawać tę wiedzę co ją prowadzący ma dodać,  tam gdzie ona jest naprawdę potrzebna i czynić jeszcze więcej przepływu w radości i zrozumieniu?

Narzędzia, mityczne sprzęty do robienia. Sprawiają, że się dzieje. Tak. Dzieje się. Dzieje się coś dzięki czemu są szanse na uczenie się przez doświadczanie. Widzący narzędzia w centrum zbliżać się jednak może niebezpiecznie do zarządzającego.  W centrum uwagi ma bowiem to jak zrobić by działo się to co ja chcę. Za to mniej jest tego czego Ty potrzebujesz i kim jesteś uczestniku, druga strono… *Mamy więc już przestrzeń do uczenia się. Czy jednak jest to przestrzeń spotkania i wymiany?  Od czego to jeszcze  zależy? Co jest jeszcze potrzebne?

W obydwu tych podejściach grupa, uczestnicy, uczestnik, są przesuwani w stronę miejsca dla tych, wobec i dla których się coś robi, zakładając kim są,  przewidując ich potrzeby, odpowiadając na nie i sprawiając wiedzą i narzędziami by uczyli się tego co my wnosimy bo wiemy albo tego co obowiązuje w kanonie tematu.

Jest coś jeszcze. I może się okazać ważne. To co robimy sobą oprócz przekazywania wiedzy i używania  sposobów. Jaki wpływ wywieramy samą swoją obecnością, co przepływa jako nienazwany, przekaz i jest odbierane przez uczestnika. Mówi się o tym, fajny, bliski, do ludzi, przyjazny, otwarty, serdeczny. Można też usłyszeć służbista, zdystansowany, zimny, wrogi, nie na miejscu, nie lubi ludzi. Bywa, że To ma decydujący wpływ na odbiorcę warsztatu. Bywa, że ten wpływ jest  przyciągający, wspierający, wzmacniający. Bywa też, że ten wpływ jest dystansujący, odpychający, burzący. Bywa, że wprowadza  dysonans z powodu niejednoznacznych, podwójnych sygnałów, obrazu wyłaniającego się spod treści i narzędzi. Bywa  świadomy i nie świadomy. Bywa, że spójny, pełny, trzymający się i grupę w tym co najlepsze i pełen energii i świadomości. Jak to się dzieje?

Obecność, oparta na samoświadomości sprawia, że uczestnicy są zapraszani do miejsca Tych, z którymi się coś robi, którzy są partnerami i są uwzględniani. Samoświadomość tego co wysyłasz w przestrzeń obok wiedzy i narzędzi może być decydująca dla uczenia się osób i odbioru Ciebie jako trenera. Jako kogoś kto gwarantuje przestrzeń uczenia się a więc bezpieczeństwa. To również dzięki niej odbierzesz sygnały z wnętrza i z zewnątrz. Sygnały twojego ciała i umysłu a także grupy które są przeznaczone dla Ciebie. Mówiące, w którą stronę tematu, do kogo, jakim narzędziem i jak sobą to zrobić, co jest teraz potrzebne. To dzieje się za szybko by to ogarnąć umysłem, włączyć algorytm logiczny, uruchomić narzędzie. To może się dziać tylko z wyższego poziomu. Obserwator, uważny świadek, twoja starszyzna w Tobie i w porozumieniu z Tobą.

Dlatego, głównym narzędziem trenera jest on sam i jego uważność. Główną wiedzą jest samoświadomość. Dzięki nim wybieramy co zrobić i w jaki sposób, tak żeby wybór ten prowadził do spotkania w miejscu najlepszym dla odbiorcy.

* (są oczywiście  narzędzia pojemne i otwarte sposoby prowadzenia, to uproszczenie dla uzyskania kontrastu i ułatwienia przekazu)

14 października, 2018 by DW 0 Comments

Kultura psychologiczna i jej ciemna strona. Antyrozwój?

Kultura psychologiczna i jej ciemna strona 

Rozwój osobisty jest częścią kultury psychologicznej, która zawładnęła światem zachodnim w drugiej połowie XX w. Jej główne założenia odzwierciedlają indywidualistyczny charakter cywilizacji zachodnioeuropejskiej, w której prawa jednostki, jej dobrostan i dążenie do szczęścia stają się podstawowym imperatywem kulturowym. Jeśli czegoś chcesz to masz prawo to mieć. Nic nie może cię ograniczać z wyjątkiem praw innych jednostek, które mają swoje aspiracje i dążenia.

Dzisiaj rozwój osobisty jest prawdziwym fetyszem psychologicznie zorientowanych konsumentów bogatego świata. Trzeba nieustannie siebie doskonalić, lepiej się komunikować, dbać o swoje prawa, realizować siebie i mieć jeszcze więcej przyjemności z życia. Czy coś tu może być nie tak?

James Hillman, wybitny terapeuta zorientowany ekopsychologicznie pisze „Psychoterapia istnieje od lat, ludzie stają się coraz wrażliwsi, a jednak świat ma się coraz gorzej. Być może nadszedł czas, żeby się nad tym zastanowić”.

Wydaje się, że głównym grzechem zjawiska pod nazwą rozwój osobisty jest bezkrytyczne wzmacnianie tendencji indywidualistycznych wśród uczestników różnorodnych warsztatów i treningów. Zachodni indywidualizm jawi się jako znaczące zachwianie równowagi między kategoriami „ja” i „my”. A to oznacza, że ludzie w dużym stopniu odcięli się od istotnego obszaru wsparcia społecznego, które było dostępne w dawnych czasach i jednocześnie określało to, kim jednostka jest. Zachodni indywidualizm stawia też coraz bardziej wygórowane wymagania wobec ludzi. Dzisiaj „dobrze przystosowany” oznacza osiągający sukces, a nawet najlepszy. Jednak ilu może być tych najlepszych? Społeczne naciski próbują uczynić z nas wyjątkowe pod każdym względem osoby, podczas gdy zwykły rachunek i realistyczne oceny wskazują, że na samym szczycie mogą znaleźć się tylko nieliczni. W ten oto sposób człowiek bierze na siebie ogromny ciężar sprostania rosnącym wymaganiom z jednocześnie powiększającym się obszarem rywalizacji z innymi. Poza tym w rozwiniętych społeczeństwach dramatycznie rozpowszechnił się „mit wysokiej samooceny”. Oznacza on, że współcześni rodzice robią wszystko, by ich dzieci czuły się zawsze dobrze i miały wyłącznie pozytywne przekonanie na własny temat. Ta tendencja, choć wydaje się być czymś naturalnym, prowadzi do wielu niekorzystnych konsekwencji. Opiera się ona bowiem na zakłamywaniu rzeczywistości. Nie ma tutaj znaczenia, czy poczucie własnej wartości jest oparte na uzasadnionych czy nieuzasadnionych przesłankach – celem jest maksymalizowanie tego poczucia. Tak oto dzieci w Stanach Zjednoczonych myślą wprawdzie, że są najlepsze i wyjątkowe, choć w konkretnych sytuacjach życiowych coraz trudniej im sprostać realnym okolicznościom. Mimo że posiadają wysokie poczucie własnej wartości, to jest ono niezwykle kruche i niestabilne, i nie może być inaczej, skoro nie jest oparte na rzeczywistych przesłankach.

Ostatecznie tam, gdzie jest coraz więcej indywidualizmu, jest też coraz więcej odcięcia od szerszego kontekstu społecznego i przyrodniczego. Zostajemy samotni pośród innych samotnych, otoczeni przez obcą i pozbawioną dla nas znaczenia przyrodę, o którą w coraz mniejszym stopniu się troszczymy.

Wobec powyższych faktów potrzebujemy prawdziwego przełomu w myśleniu o człowieku i jego rozwoju. W proponowanych przez nas formach pracy w ramach rozwoju osobistego powinniśmy większy akcent kłaść na prawdziwie holistyczne podejście, w którym człowiek widziany jest zawsze w szerokim kontekście innych ludzi, przestrzeni kulturowej i przyrodniczej.

Naszym zadaniem jest przede wszystkim ukazywać nasze powiązania z całym światem, odkrywać głębokie związki z sobą, innymi oraz otaczającym nas środowiskiem: oceanami, powietrzem, rzekami, lasami, wilkami i dżdżownicami.

W dawnych czasach wszystkie psychologie były ekopsychologiami. Dzisiaj potrzebujemy prawdziwej rewolucji psychologicznej, by nie obudzić się samotnie w zniszczonym przez nas świecie.