KONTAKT

Bartosz Płazak tel. 502 351 161

Category: Blog HST

15 listopada, 2020 by DW 0 Comments

Ja. Całość. Autocoaching – co wypierasz?

Zadbaj o komfortowe miejsce i chwilę dla siebie. Usiądź wygodnie lub połóż się. Wyrównaj oddech. Obserwuj go przez chwilę. 

Pomyśl teraz o tych aspektach siebie, swojego życia, których ujawnienia się obawiasz. O tym, czego się wstydzisz. Za co jesteś na siebie zły, zła. Pomyśl o tym, co wypierasz, co próbujesz wymazać z pamięci. O tym, jaka, jaki jesteś, a usilnie nie chcesz być.

Pobądź z tym przez chwilę. Niech te obrazy będą wyraźne. Wejdź w nie całym sobą, całą sobą. Poczuj ten wstyd. Tą złość. I ten strach przed ujawnieniem tego przed światem.

A teraz … pomyśl, że właśnie przed chwilą to wszystko to wyszło na jaw.

Wszyscy już wiedzą.

Nie masz już nic do ukrycia.

Rozglądasz się dookoła siebie i … Twoi bliscy nadal Cię akceptują. Ziemia nadal kręci się wokół słońca. Ty oddychasz tak, jak oddychałeś jeszcze przed chwilą.

Jakie uczucia się teraz w Tobie budzą?

Jak to u Ciebie jest?

Gdy pozwalasz sobie na to, by składać się z tych “dobrych” i “złych” kawałków Ciebie, pozwalasz sobie na bycie całością. Na bycie w pełni.

Autorka: Paulina Plewczyńska

15 listopada, 2020 by DW 0 Comments

Ja. Całość. Autocoaching – analiza pola sił

Od dłuższego czasu próbujesz zrealizować jakiś cel i niespecjalnie Ci idzie? Może to czas, by zatrzymać się na chwilę i sprawdzić stan rzeczy? 

Aby poszło sprawnie proponuję Ci skorzystać z metody zwanej analizą pola sił, ktorej twórcą jest Kurt Lewin.

Zapisz na górze kartki swój cel.

Po lewej stronie wypisz wszystkie siły, które Cię wspierają. Mogą to być relacje, przekonania, styl życia. Wszystko, co uznasz jako wspierające w realizacji Twojego celu.

Po prawej stronie zapisz te siły, które Cię hamują. Zapisuj wszystko, co przychodzi Ci do głowy w odpowiedzi na pytanie: co mnie blokuje?

Do każdego z punktów możesz dodać liczbę od 1 do 5, która określi siłę jego działania.

Popatrz teraz na tą analizę.

Jakie wnioski Ci się nasuwają? Co nowego odkrywasz?

Gdzie masz w sumie więcej punktów? Po prawej czy po lewej stronie?

A jakbyś zsumował/a liczby określające siłę działania poszczególnych punktów, to z której strony ta suma będzie większa?

Co Ci to pokazuje?

Czym w związku warto byś się zajął/zajęła, by przybliżyć się do realizacji Twojego celu?

Czego lepiej byś unikał/unikała?

Co dobrze abyś wzmacniał/wzmacniała?

Autorka: Paulina Plewczyńska

15 listopada, 2020 by DW 0 Comments

Ja. Całość. Medytacja oddechu

Usiądź wygodnie na fotelu lub krześle. Stopy połóż na ziemi. Wyprostuj plecy. Ręce połóż swobodnie na udach. Podaruj sobie chwilę na to, by poobserwować, jak oddychasz. Jak oddycha Twoje ciało.

 Weź wdech i wstrzymaj na chwilę  powietrze. Następnie wypuść je. Przez moment pozostań z tym odczuciem, gdy nie masz go w sobie. Poczuj swoje bicie serca. Daj sobie na to czas. Poczuj to. Powtórz sekwencję kilka razy, w swoim tempie. Wdech – pauza. Wydech – pauza.

 A teraz skup się na drodze, jaką pokonuje powietrze, które wdychasz. Oddychaj bardzo powoli. Złap kilka cząsteczek powietrza. Potem jeszcze kilka. Rób to niesłychanie wolno. Bardzo świadomie wpuszczając do siebie kolejne cząstki powietrza. Poczuj jak powietrze dotyka wnętrza Twojego nosa, poczuj delikatne ruchy płuc, i mięśni brzucha. Dojdź do końca oddechu. Zrób pauzę. Posłuchaj, jak bije Twoje serce. Powoli zacznij podobny ruch w drugą stronę. Gdy już będziesz na samym końcu, sprawdź, czy możesz wypuścić z siebie jeszcze kilka cząsteczek. Na koniec, ponownie zrób pauzę i ponownie posłuchaj swojego serca.

Powtórz tą obserwację kilka razy. Spokojnie, świadomie.

 Podziękuj sobie za te kilka minut świadomego bycia.

Autorka: Paulina Plewczyńska

15 listopada, 2020 by DW 0 Comments

Ja. Całość. Moc akceptacji

Często, gdy spotyka nas coś nieprzyjemnego mamy skłonność do tego, by: różnymi sposobami próbować przepędzać złe myśli i trudniejsze emocje lub dogłębnie  analizować to, co nam się przytrafia. Z pewnością kojarzysz myśli w stylu: “Dlaczego tak się dzieje”, “Co zrobiłam/zrobiłem nie tak?”, “Czemu się tak czuje”.

Czasem warto spróbować zmienić strategię? Z pomocą przychodzi a k c e p t a c j a .

I nie chodzi o to, by być zrezygnowanym i biernym. Mówię o akceptacji jako:

z a u w a ż e n i u i u z n a n i u tego, co aktualnie się dzieje w moim świecie – czy to wewnętrznym czy zewnętrznym. Zauważam = widzę i potrafię to nazwać (“czuję złość”). Uznaję = nie wypieram, a przyjmuję (“to jest w porządku, że teraz czuję zlość”).

 Akceptacja daje szansę na to, by nie reagować automatycznie, a dokonywać wyborów. Pomaga nie wpadać w nakręcającą się spiralę negatywnych myśli i nieprzyjemnych emocji.

Dzięki akceptacji, zamiast w walkę wchodzimy w otwartość, ciekawość i obserwację. To trochę tak jakbyśmy byli podróżnikami, którzy zwiedzają nowy ląd. Nie dyskutujemy z tym, dlaczego w miejscu, które odwiedzamy jest tak jak jest, tylko przyglądamy się okolicy z ciekawością. Obserwujemy i przyjmujemy rzeczywistość.

Zauważenie i uznanie tego, co się nam przydarza powoduje, że to “coś”, zupełnie jak za dotknięciem magicznej różdżki nagle traci na sile i intensywności. Staje się znośne i do przeżycia. Nie blokuje, a uczy.

Autorka: Paulina Plewczyńska

15 listopada, 2020 by DW 0 Comments

Ja. Całość. Ochrona, która czasem szkodzi

Mechanizmy obronne to coś, co towarzyszy każdemu z nas. Często uruchamiają się w nas mimowolnie. Gdy czujemy się niekochani, niepewni, czy niezauważani, podświadomie próbujemy się za wszelką cenę pozbyć nieprzyjemnych uczuć, które nam towarzyszą. 

Przekonujemy sami siebie, że coś wcale nie ma dla nas znaczenia (racjonalizujemy), udajemy, że czegoś nie ma (zaprzeczamy), czy dopatrujemy się u innych tego, co sami czujemy i myślimy (projektujemy). A to tylko niektóre ze sposobów, dzięki którym odcinamy się od naszych prawdziwych emocji.

 Wszystko po to, by nie czuć tego, co czujemy, a jest dla nas nieprzyjemne lub bolesne. O ile na krótką metę te mechanizmy pomagają nam uniknąć uczucia przytłoczenia w trudniejszych chwilach, o tyle na dłuższą mogą być dla nas szkodliwe i odsuwają nas o autentycznego bycia. Gdy nasze funkcjonowanie opiera się głównie na mechanizmach obronnych odgradzamy się od wolności i radości, oszukujemy sami siebie i niejako sami siebie tracimy.

 Autentyczne bycie, to spoglądanie prawdzie w oczy oraz branie odpowiedzialności za siebie i swoje decyzje. Zamiatanie pod dywan niewygodnych dla nas spraw w pewnym momencie i tak doprowadzi do tego, że się o ten dywan będziemy w codziennym życiu potykać.

Jakie mechanizmy obronne widzisz u siebie? Na ile jesteś ich świadomy w codziennym życiu? Pracujesz nad nimi jakoś?

  Na podstawie: “Autentyczność. Jak być sobą i dlaczego to ważne”.

Autorka: Paulina Plewczyńska

8 września, 2020 by DW 0 Comments

Rola. Frajda, wyzwolenie, feedback, zderzenie?

Niejeden raz warsztaty twórczości i  improwizacji przyniosły mnie i uczestnikom zaskakujący materiał do przemyśleń. Nie po raz pierwszy mieliśmy okazję powrotu do dziecinnej radości, zabawy, frajdy, wysokiej energii w podążaniu za dzikimi pomysłami w grach i zabawach improwizacyjnych. Kolorowe stroje, zwariowane gry, świetne nastroje, salwy śmiechu, tumult i śmiech…  Warsztaty impro pokazały jak wiele w nas drzemie ukrytych talentów twórczych, aktorskich, i jak blisko jest od lęku przed korzystaniem z nich do wyzwolenia tych energii i płynięcia na ich energii  w nieznane. Pomiędzy ćwiczeniami (grami improwizacyjnymi) zastanawialiśmy się skąd brać śmiałość, energię, co sprawia, że raz idzie lepiej a raz gorzej, dzięki czemu się śmiejemy i przez co granie się zatrzymuje. Nie obyło się od twórczego milczenia, nie obyło się też bez twórczych sporów i wymian. Na koniec spotkania byliśmy  w bardzo refleksyjnym  nastroju. Najwięcej uwagi przyciągała koncepcja Tak I… . Jest to jeden z filarów improwizacji.

„Przyjmowanie propozycji”, bycie na tak, czyli traktowanie wszystkiego (słowa, gestu, ubioru, niedopowiedzenia, błędu, głosu, milczenia drugiej osoby) jako możliwości wydarzenia się czegoś przyjaznego, wnoszącego, bezpiecznego, dającego radość. Ufanie temu co przychodzi i rozpoznawanie go w własnej przestrzeni wewnętrznej, odpowiadanie spontanicznie, odruchowo, „spoza głowy” (bez myślenia), dzielenie się sobą, wychodzenie naprzeciw drugiemu graczowi. Bycie na Tak I… , z pozoru banalnie proste okazało się największym wyzwaniem i  odkryciem warsztatu.

Okazało się filozofią pozwalającą przyjąć a także wnieść do świata o wiele więcej możliwości niż bycie w odruchowym nastawieniu do obrony swoich poglądów, praw, status Quo. Pokazało się  jako droga do wyjścia poza to co znane, bycia w bliższych relacjach ze sobą i z osobą z którą gramy (impro) i żyjemy (życie). Bo Warsztat Impro jest warsztatem o życiu. O całych nas. Aleksander Lowen w jednej ze swoich książek napisał, że sensem życia jest przeżywanie radości. Warsztat Impro jest możliwością przeżywania spontanicznej radości tworzenia, oderwania się od rzeczywistości znanego. Wielu jego uczestników bierze sobie tę okazję, bawi się nią, odkrywa siebie w nowych rolach, odsłonach, przymierza się do śmiesznych problemów, które stawiają zadania impro. Innym osobom te same zadania sprawiają trudność. I może spodziewać by się można, by tak ją nazwać,  jest to trudność z wystąpieniem publicznym, stres związany z pokazaniem się, oceną itd… Bywa. Bywa i tak, że tym co trzyma nas wewnątrz są wyuczone postawy. „Bądź poważny, nie wypada się tak wydurniać, to zbyt śmiałe przebranie, dorośli nie zachowują się jak dzieci”. Przekonania te i im podobne odzywają się z głębi naszej psychiki.

Części nas, te które wokół tych przekonań są skupione kulą się, zmniejszają, złoszczą, protestują, kłócą się, umniejszają sensu zabawie, graniu,  grupowym śmiechom, przebierankom i rolom.  Ta dorosła, świadoma osoba, która bierze udział w warsztacie i chciałaby powrócić do swego radosnego źródła, poznać lepiej swoje roześmiane dziecko ma kłopot. Ta wewnętrzna dyskusja figur reprezentujących przekonania jest trudna. Rodzi  prawdziwe emocje.

Obciąża osobę, grupę, prowadzącego warsztat.  Utrudnia przejście tej drogi którą wybieramy by dziś przejść. Uniemożliwia przeżycie frajdy w całości, tak pięknie jak mielibyśmy nadzieję. Kreatywność, zwłaszcza ta w działaniu, improwizacji aktorskiej jest obciążona wieloma ryzykami. Ocena, przeszłość, nakazy, zakazy, uwolnienie, odnalezienie talentu lub braku talentu. Improwizowanie to sztuka dla każdego, ale może nie dla każdego od razu. Na szczęście w grupie jest sporo zaufania, otwartości, gotowości na wsparcie. Uznajemy więc potrzeby naszych buntujących się części. Tłumaczymy, wyjaśniamy, przytulamy, zapraszamy, przeganiamy krytyków, obśmiewamy kompleksy. Pokazujemy palce i inne części ciała by dać sobie wolność na jakiś czas od tego co przeszkadza. Przebieramy się. Stajemy się kimś innym.

Robimy przerwy, zdjęcia, czerpiemy z ruchu, świeżego powietrza. Pojawiają się łzy wzruszenia, głębokie refleksje, odkrycia, więcej akceptacji siebie i otwartości na zmianę. Porzucamy mity o łatwości i o trudności tworzenia. Urealniamy się w drodze do siebie. Jakże wielkim wyzwaniem jest bawić się dziś. Jak dużo zasypaliśmy siebie by osiągać powagę, a dzięki niej realizować dorosłe cele. Jak sięgać do źródła pierwotnej radości, jak rozbudzać nasze wewnętrzne dzieci, które przecież tak nas proszą o tę frajdę? Rozmawiać J. Improwizować. Pozwalać.

Autor: Bartosz Płazak

14 lutego, 2020 by DW 0 Comments

Siła czy Moc? Czyli szkoła wojowników światła.

-Po co robisz tę szkołę? zapytał ktoś przez telefon. Lubię to pytanie. Od razu mam więcej energii. 

Obserwuję, rozglądam się, stawiam pytania sobie i wszystkim dookoła od 30 lat. Najlepiej mi się rozmawia z samym sobą, bo najtrudniej odwrócić głowę w inną stronę. Spotykam jednak coraz częściej osoby, które nie tylko chcą mówić o tym, ale same pytają. Jest ich coraz więcej. Chcą pracować z innymi, budować świadomość zmian, które są teraz konieczne. To w związku z tym robię Holistyczną Szkołę Trenerów. 

Siła, materia, liniowość. Zysk, kredyt, PKB. Termin, deadline, koszty i konsekwencje. Siła. Niestety brakuje mi człowieka. Brakuje mi słuchania, otwartości, empatii, współczucia. Jednym słowem serca. Skupienie na osiąganiu czegoś i odciąganiu uwagi od tego kim jestem (jesteśmy) prowadzi do odczłowieczenia, zmęczenia, wypalenia samotności, pogubienia, wrogości, oddalenia, samotności. Za to jest wynik, kolorowy telewizor, nowy samochód. Niestety brakuje energii na to by się cieszyć, siły na relacje, czasu na życie. Jest dysonans. Bo przecież są powody do radości, a o nią samą jakoś ciężko. To skrót. Nie chcę więcej o tym pisać. Czuję złość.

Trener to dla mnie zawód zaufania społecznego. Niezależnie od tematu, z którego prowadzisz zajęcia, Twoi uczestnicy patrzą na Ciebie jako na kogoś od kogo można się uczyć. Przenikasz do ich świadomości, bo tam stoisz. Ci, którzy są ciekawi tematu biorą Cię w całości, Ci co mniej filtrują, ktoś powie On nie, ale i tak Cię słucha. Więc to, co mówisz ma znaczenie dla zmiany. To jak mówisz (jak pracujesz), do jakich obserwacji zapraszasz grupę, na co kierujesz uwagę, kształtuje te osoby, a zaraz później za ich sprawą kolejne. To zawód związany z odpowiedzialnością. Owszem jak w niektórych reklamach to zawód dobrze wynagradzany. Jednak trzeba się zastanowić, który świat budujesz? Siła czy moc?

Możesz osiągać swój przekaz będąc blisko ludzkich potrzeb, we współczującej postawie, dbając o prawdę w relacjach, pokazując prawdziwe dane, unikając kreowania złudzeń szybkiego luksusu i taniego łatwego piękna. Możesz pokazywać jedną i drugą możliwość i pozostawiać ludziom wybór. Możesz pracować pomagając odnajdować spójność i to co mocne w ludziach, możesz zapraszać wartości i możliwości spoza paradygmatu siły. Możesz pokazywać alternatywne rozwiązania i pozostawać w zgodzie ze sobą i z tematem, celem szkolenia. Możesz wspierać integrowanie sprzeczności, które zatrzymują ludzkie dążenie do wolności. Świat rozumiany jako przyroda i ludzkość jest w kryzysie. Trenerzy kształtują świadomość. Niezależnie od tematu szkolenia. W tym sensie, może i Ty chcesz być wojownikiem zmiany paradygmatu?  

14 lutego, 2020 by DW 0 Comments

Trenerstwo, bilet w jedną stronę?

Kiedy rozmawiam z osobami które zgłaszają się zainteresowane udziałem w Szkole trenerów zauważam ich gotowość do  rozwoju. Kiedy opowiadam o szkole, w której jest oprócz wzruszeń, poznawania siebie, dobrych relacji i coraz większej jasności sporo pracy, słyszę gotowość i chęć. Kiedy straszę wysiłkiem związanym z pisaniem scenariusza, słyszę, że o to im chodzi. I o to chodzi.

Zawód trenera ma wiele twarzy. Możesz wykładać, możesz ćwiczyć, możesz zaglądać do wnętrza procesów, które dzieją się w osobach i w grupie, możesz używać podstawowych albo zaawansowanych narzędzi, możesz pracować na procesie, możesz być bardziej coachem, facylitatorem, mediatorem, prowokatorem, możesz improwizować, możesz pracować na scenariuszu, możesz wreszcie być od ludzi daleko albo blisko, możesz uczyć się od nich i uczestniczyć w ich odkryciach, możesz przeżywać strach i napięcie albo radość i wzruszenie. To naprawdę nie jest wszystko co możesz pracując z grupami. Możesz. Wielu z nich trzeba się nauczyć. Wydaje się proste i oczywiste by przeżywać, stosować, działać… Kiedy jednak masz to włączyć w proces osiągania celów, a dookoła Ciebie siedzi jeszcze kilkanaście osób, które coś chcą, sprawa staje się trudniejsza. Więc ten zawód to ciągłe uczenie się. Każde z tych „możesz” to jedno coś, co może masz a może nie masz w takiej dyspozycji, by sięgnąć po to w roli trenera pracującego z grupą. Każde z nich może przynieść Ci satysfakcję i nie tylko. I tu zaczyna się rozwój. I trwa. To zawód, w którym jesteś w drodze. Droga ta prowadzi do wciąż kolejnych warstw Ciebie. Spotykając się to z satysfakcją to z trudnością, chcesz czy nie chcesz, szukasz. I pojawia się kolejna odsłona Ciebie. Tego/tej, która wie, rozumie, potrafi, chce, sięga po więcej, cieszy się, jest dumna, tym bardziej im bardziej uczestnicy dziękują Ci za ich osiągnięcia w pracy warsztatowej. A ten rozwój masz na każdą inną część życia. I jak tu się nie uczyć?

9 stycznia, 2020 by DW 0 Comments

Powrót do śnienia

Jedno z głównych założeń psychologii opartej o proces, której twórcą jest Arnold Mindell,  mówi, że funkcjonujemy równocześnie, na trzech poziomach rzeczywistości. Poziom Uzgodnionej rzeczywistości czyli tego na co się umówiliśmy, czym ono dla nas jest, a więc. np. kalendarz i daty w nim, dni tygodnia, urzędy, szkoły, instytucje, umowy, zobowiązania, zawody, praca, nauka. itp. Życie na tym poziomie stanowi pasmo zdarzeń w których działamy spełniając umowne zadania, dochowujemy terminów, zobowiązań, budynek z napisem szkoła to miejsce do którego możemy zaprowadzić dzieci by się uczyły, a urząd skarbowy… Poziom snu  czyli świat postrzegania zjawisk i reakcji jakie na nie mamy w związku z swoim postrzeganiem (widzę siebie jako kompetentnego, kogoś jako mocniejszego ode mnie) czyli emocje, wewnętrzne procesy z udziałem naszych figur sennych (reprezentacji naszych procesów widzianych przez nas jako osoby/role wokół nas), oraz związane z nimi napięcia, tendencje, trudności i progi, zwłaszcza te związane z istniejącymi pomiędzy figurami polaryzacjami. Poziom śnienia, nazywany również poziomem esencji, poziomem źródła, z którego płynie energia zasilająca nas w życiu i na tym poziomie jest ona jeszcze jednolita (niespolaryzowana),  i przejawia się w postaci subtelnych tendencji do działania, i to ona jest najbliższa naszej jaźni.

Świat w którym żyjemy zachęca nas, a może nawet zmusza, do spędzania najwięcej czasu na poziomie uzgodnionej rzeczywistości. Są tu zadania, konieczności, zobowiązania, kredyty, praca, rodzina, przetrwanie, zdrowie itp. Na co dzień właściwie nie sposób nie przebywać na tym poziomie. Niestety wymaga on sporo energii od nas. Fizycznej, do działania i psychicznej do decydowania, radzenia sobie z trudnościami. Trudności te często wynikają z przyczyn obiektywnych, innym razem pochodzą naszej psychiki, z poziomu snu. To nic że wiem, że muszę załatwić coś w związku z posiadaną umową x. Nie robię tego bo jakaś część mnie (figura senna np. buntownik) jest temu działaniu przeciwna, albo się go boi. Pewnie będę ją miał odruch zmarginalizować ( uciszyć, pominąć). I może uda mi się jeszcze ten jeden raz… To nie znaczy jednak, że sprawa jest załatwiona na zawsze.  Tak czy siak znów tracę na uporanie się z nią sporo energii. To wydać się może Wam znane. Zmienia się zadanie i treść trudności, figura, ale procesy podobne zachodzą w nas wszystkich po prostu. I być może, gdybyśmy obeszli się bardziej uważnie z buntownikiem, może zaprowadziłby nas do poziomu naszego śnienia. I może okazałoby się jakie ono jest w nas, dokąd nas prowadzi, co chce, co chcę. Skontaktowanie się z nim (śnieniem, tendencją, głęboką potrzebą) sprawia, że energia się pojawia. Nie tylko nie trzeba jej  dostarczać, ona tam jest.  Kłopot w tym, że system w którym żyjemy raczej zabiera nas jak najdalej od śnienia. Czyli od nas samych. Możliwie daleko od energii, która chce popłynąć przez nas byśmy byli. Jakie to wydaje się proste.

 W jednej z moich ulubionych książek Arnolda Mindella, „Psychologia i szamanizm” mówi on o zbiorowym śnieniu. O grupach ludzi z  rdzennych plemion, z różnych części świata, którzy poprzez swoje codzienne życie,  spotkania, prace, rytuały, wspólnie (razem, grupowo) oddawali się przeżywaniu jakiejś idei. Chodzi o grupowe śnienie. O bycie we wspólnocie, która przeżywa podobnie rzeczywistość, mówi o niej, tworzy ją, przeżywa razem emocje, buduje więzi i a jej uczestnicy umacniają się jako osoby i wspólnota. Taniec, modlitwa, rytuały, rozwiązywanie konfliktów, stawanie za sobą wobec wewnętrznych i zewnętrznych trudności, polowanie, obrona granic terytorium, budowanie… Moc plemienia, które razem śni zasila je i czyni całością, pełnią.

Dzisiejszy świat, ze swoim kultem jednostki nawołuje do indywidualnego sukcesu, wyprzedzania innych, zbierania możliwie wielu dowodów swojej sprawności w budowaniu własnego świata. Przestrzeni wypełnionej składowymi materialnego sukcesu albo dowodami na posiadanie. Żyjemy uczestnicząc w konkursie na śmierć z możliwie największą ilością zabawek, jak to pięknie prowokował Frank Farelly). Jednak jest to też konkurs (świat) oddzielający nas od nas samych, od naszego śnienia, od śnienia naszego plemienia, od śnienia Ziemi. To też świat w którym życie na poziomie uzgodnionej rzeczywistości (zatrzymanie się w niej) pochłania naszą życiową energię. To świat, w którym zdecydowanie za mało zasilamy się naszym kontaktem ze śnieniem (naszą głęboką naturalną energią, mocą natury, ziemi). Inaczej mówiąc oddalamy się od tego kim naturalnie chcielibyśmy być. Jako jednostki i we wspólnocie. Niestety w pakiecie jest oddzielenie, podmiotowe traktowanie natury. Drzew, lasów, zwierząt, powietrza, oceanu, ziemi jako całości. Patrzenie na naturę jako na coś zamiast na kogoś, czy jak na siebie po prostu.

Trener jako ktoś kto prowadzi grupę ma niezwykłą możliwość. Może bowiem, niezależnie od tematu, pokazywać ludziom jak to jest wejść do miejsca wspólnego śnienia. Może zapraszać grupę do pracy w taki sposób i tak aranżować warsztat by ludzie poczuli energię wspólnoty, ducha plemienia, dawali sobie wzajemnie wsparcie, zrozumienie i robili razem coś w co wierzą. Może wspierać ten proces świadomie obserwując miejsce gdzie pojawia się energia i podążać za nią wraz z grupą. I zaprosić do zauważenia i odkrywania tego swoich uczestników. Co ich napędza? Na co mają wciąż siłę mimo zmęczenia? Co ich woła?

Może też ów trener, a nawet powinien,  jako ten, w którym inni poszukują wzorca (jak bardzo byśmy się nie zarzekał/li że nie 😉 ),  być skontaktowany ze swoim śnieniem. Dobrze by korzystał z energii, którą śnienie daje,  podążał za nim i rozwijał. Dla siebie, by mieć z czego czerpać w swoim wymagającym zadaniu i by być przewodnikiem do Śnienia dla innych.

W ten sposób dokonywać się może, za naszą sprawą,  zmiana, której, jak pisze Arnold Mindell, świat dziś potrzebuje bardziej niż kiedykolwiek. Powrót do śnienia. Powrót do źródła.

Autor: Bartosz Płazak

30 października, 2019 by DW 0 Comments

Yu wei

Chiński znak Yu wei składa się z ręki i księżyca. Sięganie po księżyc. Branie tego co nie daje się wziąć. Sięganie po coś co z natury nie da się wziąć. Za daleko, za duże, za nieosiągalne, za niemożliwe. Za, za, za. Tak oczywiste jest, że nie da się sięgnąć po księżyc. A jednak jest pokusa. Mamy nawet przykład takich dwu co sięgali… 

W paradygmacie materialistycznym, w naszych czasach, w społeczeństwie świata zachodu słowa w rodzaju: „sięgaj gwiazd, możesz wszystko, sky is the limit są mitem sukcesu tych czasów (mitem w rozumieniu ścieżki po której należy, powinno się iść).  Dla bardziej prężnych ego oznacza to: mogę mieć co zechcę. Sukces  jest tym czego powinniśmy oczekiwać od życia. Może nie tylko od swojego. A przecież mit mitem a życie życiem. Raz łatwiej raz trudniej. Przy odpowiednio dużym imperatywie osiągania (sukcesu)  łatwo o frustrację, pokusę pójścia drogą na skróty. Blisko stąd do próby kontroli-usunięcia z drogi tego co przeszkadza. Wtedy przecież uda się to co ma się udać. Tak czy siak wymaga to działania. Robienia czegoś by osiągnąć coś innego i pokonywania przeszkód na tej drodze. Yu wei czyli działanie, to przeciwieństwo niedziałania (wu wei). W taoizmie wu wei i yu wei to podstawowe elementy tej filozofii. Uzupełniające się nawzajem i stojące w dynamicznej opozycji.

A na sali szkoleniowej z grupą, działanie czy niedziałanie? Bo przecież jest coś do osiągnięcia. Bez wątpienia. Więc działanie. Osiąganie. Realizacja ćwiczeń, przekazywanie wiedzy, praca z oczekiwaniami, spełnianie, wyjaśnianie, odpowiadanie na pytania, dążenie do zrozumienia.  Mieszczenie się w czasie. Zajmowanie się tematem i celem a nie tym co niesie proces, na co mielibyśmy ochotę, albo co ważnego pojawia się spomiędzy wierszy scenariusza kiedy jest on realizowany na sali. Zamykanie się w ramie tego po co tu się spotkaliśmy, tak jak ona jest tu rozumiana. Warsztat – edukacja. Trener – ktoś kto uczy. Uczestnik – ktoś kto odbiera i dostaje. Relacja: oddzielenie, zależność uczestnika.Wyższy status prowadzącego. Struktura pracy i dynamika. Widać efekty, po kolei dzieje się i można je odliczyć. Liniowo.  Łatwiej w ten sposób o mierzenie wyników. Wielu, może większość uczestników łatwiej uchwyci co się wydarzyło, jakie mają „przychody” i korzyści w życiu czy pracy. Działanie, robienie, dzianie się, ruch, tempo. „Działo się, oj działo się” to świetna rekomendacja dla warsztatu, kiedy wypowiada ją uczestnik po nim. Łatwo pomyśleć, że co przekazane to nauczone, co wysoko ocenione to dobrze zrobione, co pokazane w atrakcyjnej dynamicznej grze, dobrze zostało przyswojone, co pokazane w atrakcyjny  sposób w nowoczesnej aplikacji to lepiej przyswojone, brak ciszy, brak nudy, wypełnienie tym co wniesione przez prowadzącego. Zmysły bardziej obciążone. Uwaga na ramie. Rama i struktura pracy to bezpieczeństwo.  Prowadzący zaś trzyma się roli, nie wchodzi za bardzo w interakcje, nie dzieli się sobą za bardzo, zaradza rodzącym się problemom, sam odpowiada na wszystkie pytania, mówi z miejsca tego który wie i bierze odpowiedzialność za wynik warsztatu na siebie. Taka forma pracy najczęściej jest atrakcyjna dla uczestników bo nie muszą się narażać na wyjście ze strefy komfortu. Czy jednak o to chodzi? Czy w ten sposób sięgamy (jako uczestnicy) po rozwój? Czy może po księżyc?  Jak włączyć nie działanie? Czy to coś może dać? Czy da się coś osiągnąć w pracy nie pracując? Jakoś trąci absurdem.

Działanie jest ok. Jest bardzo potrzebne. Nie wydarzy się to co konieczne bez działania, robienia i bycia w roli. Jednak powinno je uzupełniać nie działanie. Podążanie. Branie tego co jest za przewodnika i wychodzenie poza granice planu i znanego. Jak to w taoistycznej zasadzie-jedno przenika drugie. Jedno zawiera drugie. Istotą wszystkiego jest zmiana. Robiąc jedno zapraszasz drugie. Nie da się być w jednym. Zmiana i tak nadejdzie. Czy chcesz czy nie. Jeśli odnajdujesz się w działaniu szukaj niedziałania. Jeśli w niedziałaniu również działaj.

Autor: Bartosz Płazak