Najlepszy, idealny, super, doskonały wspaniały, ostateczny, skończony…

A może wystarczy: wystarczająco dobry?*

Grupy wciąż pokazują mi, że to co mam do robienia, to odpowiadać na ich potrzeby, nie przesadzać, podążać, uwzględniać. Jednocześnie, równolegle poszukują algorytmu na najlepsze, doskonałe, skończone, idealne, przynajmniej tak długo, dopóki się od tego nie uwolnią.

Rywalizacja z samym sobą, nieskończona ścieżka doskonalenia tego, co wystarczające, setek pytań, obserwacji, ulepszeń, wzmacniania, poprawiania, kolekcjonowania idealnych rozwiązań. Męcząca, wypalająca droga do tego, co nie istnieje, a może nie jest potrzebne, nawet gdyby istniało. Wywołująca rywalizację, zmęczenie, strach i złość między ludźmi walka o podium w nie wiadomo czym. Bo nie chodzi o atrakcyjność, dynamikę, dopracowanie w każdym szczególe technicznym. Wynik jest pochodną wielu czynników, najlepszy dla różnych odbiorców to różny dla różnych odbiorców. Uogólniony najlepszy – niemożliwe. Być może więc znów idzie o to, by być bliżej potrzeb tego, dla kogo to robimy (jako liderzy, trenerzy, coachowie, terapeuci, partnerzy).

Jak więc działa idealne, najlepsze, wspaniałe, niepowtarzalne, robiące najwięcej wrażenia, dopracowane tak, że nie można się do niczego przyczepić na odbiorcę? Na pewno robi wrażenie. Na pewno angażuje zmysły, wciąga.  Na pewno wywołuje ocenę nadawcy ukierunkowaną na badanie i może potwierdzanie tej wysokiej jakości. Na pewno powoduje zachwyt, docenienie.  Na pewno skupia uwagę na tym, co idealne. Być może wywołuje dysonans, efekt porównywania się, osłabia wiarę w możliwość osiągnięcia takiej biegłości, kieruje uwagę na niedościgniony wzór, zaprasza lęk przed mierzeniem się z mistrzem, zmniejsza motywację do dalszej pracy rozwojowej. Wreszcie może zapraszać też krytyczną ocenę nadmiaru i tejże doskonałości, która zajęta jest samą sobą zamiast osobami, dla których przecież ma być służebna.

Najlepsze zaprasza odbiorcę do poszukiwania wciąż tego naj. Tylko czy naprawdę jesteśmy z niego w stanie skorzystać? Przyjąć z niego to, co najlepsze? Czy obcowanie z nim wzmaga tylko oddzielanie się od tego, co jest możliwe, wypatrywanie złotego środka, by być od razu naj? Ale skoro naj rzeczywiście może nie być możliwe, to ostatecznie pozostaje cierpienie z powodu bycia nie naj. A z tego cierpienia więcej pracy, żeby to zmienić. I więcej cierpienia, że tak nie jest. Narcystyczne nastawienie na siebie, którego czas dzisiejszy jest szczególnie pełen zaprasza do niekończącego się wyniszczającego wyścigu po jeszcze coś, jeszcze coś i jeszcze coś. Coś co ma napełnić nienapełnianą dziurę po doskonałości (a może wystarczającości, akceptacji), na którą gdzieś w przeszłości nie było przestrzeni, by ją zbudować od wewnątrz. Może tę przestrzeń zajął bieg za doskonałością w przeszłych pokoleniach? Tak czy inaczej w grupach naprawdę wystarczy wystarczająco dobrze czyli blisko możliwości, bez wyścigów i pokazów doskonałości. Za to dyskretne wskazówki są mile widziane. Pod warunkiem niedotykania niekompetencji za bardzo i z nutą miłości.

Żyjąc w świecie rozdętego ego, które wciąż musi osiągać więcej by „wzrastać”, wzrostem może więc być mały wzrost. Wystarczająco dobry wzrost. Wystarczająco dobry trener, nauczyciel, rodzic, partner. Być może w tym właśnie nienadmiarze, nieprzepychu fajerwerków  doskonałości, za to w bliskości do osoby odbiorcy jest opcja nowej doskonałości. Budzik dzwoni. Czas budzenia. Wstawajmy wystarczająco już pospaliśmy, wystarczająco wcześnie wstać trzeba, by być.

*Otwarty, nieskończony, zmienialny w trakcie, nie zawierający wszystkiego, nieidealny dla każdego, bez ostatecznej wersji zaplanowanej co do sekundy, i akceptujący że są lepsze warianty.

Bartosz Płazak