Scenariusz czy improwizacja?

Scenariusz. Improwizacja. I to i to. Żadne z powyższych. Trochę tego, trochę tego. Improwizacja na scenariuszu. Scenariusz z improwizowanych elementów. Nie wiem. Jestem pewien. Zobaczymy. Oni mi pokażą co robić.

Wydaje się, że z dwu elementów nie można zrobić więcej niż 8 możliwych wariantów. Jednak tym razem wychodzi, że tak. Bo elementów jawnych jest dwa. A z niejawnymi razem, możliwości wychodzi jednak więcej. I wcale nie będzie to 12, tylko więcej. Ile więcej, to zależy ile niejawnych włączymy. Figiel. Tu włączyłem grupę. Jest jeszcze prowadzący, warunki, może zleceniodawca, czas…. Więc na szczęście nie ma odpowiedzi. Można porozważać. Podobno ulubiona odpowiedź trenera to: „to zależy”.

Nigdy nie pracuję bez scenariusza. Nawet jeśli wiem z kim pracuję, znam grupę, znam wszystkie informacje o miejscu, temacie, czasie, oczekiwaniach, moich możliwościach teraz, doświadczeniach z poprzednich warsztatów tego typu czy na ten temat, robię scenariusz. Przeglądam ćwiczenia, modele, notatki, książki, zapiski. Robię mapę scenariusza, eksperymentuję z kolejnością elementów, badam spójność przekazu, logikę wywodu, sprawdzam elementy czy całość trzyma się kupy, wyobrażam sobie jak to będzie. Projektuję początki, zakończenia, zmieniam narzędzia, jeszcze raz przymierzam. Kiedy przygotowuję ćwiczenia, niekiedy je wymyślam, niekiedy biorę stare dobrze znane, niekiedy modyfikuję te kiedyś używane, pogłębiam rozumienie tego, co chcę przekazać, zauważam czego nie potrzeba aż tak, co można zastąpić czymś innym, co się powtarza. Przekładam rozwiązania techniczne, a niekiedy kawałki treści. W ten sposób sam zagłębiam się bardziej w temat i widzę w jakich wariantach technicznych mogę go przeprowadzić, jak płynnie i elastycznie modyfikować w trakcie dziejącego się warsztatu. Widzę też, które elementy są kamieniami milowymi, które stanowią fundament dla innych, wiem co muszę, co mogę zrobić, a co jest dodatkiem. Każda godzina poświęcona na scenariusz, to więcej spokoju na sali warsztatowej, to też więcej równowagi i mojej energii na kontakt z grupą. Może mogę powiedzieć, że w pewnym sensie zapominam o scenariuszu, kiedy siadam z grupą. Pamiętam o nim, kiedy potrzebuję. Kiedy coś się kończy i muszę „doczytać” co dalej jest możliwe. Albo kiedy się coś sypie, albo kiedy pojawiają się trudności, kiedy je rozwiążemy i jestem obciążony, pięknie jest mieć scenariusz.

Zawsze improwizuję. Kiedy staję na środku robię to, co sobie zamierzyłem… rzadko, trochę, niekiedy. Dzięki temu precyzyjnemu zamierzaniu na tyle wszedłem już w tę sytuację, że właściwie po prostu wiem, co mam do zrobienia. Cele są zawsze światłem i drogowskazem dokąd, jednak to co dzieje się na sali jest najmocniejszą informacją którędy iść, co zmienić, czego na razie nie robić. Uczestnicy mówią mi co robić na wiele różnych sposobów. Ciałem, spojrzeniem, słowem, reakcją, doborem i sposobem wejścia w kontakt, głośnością, wyciszeniem, zaciekawieniem, wycofaniem. Wspólny mianownik każdego startu warsztatu? Wejść w kontakt. Dopóki tego nie ma, właściwie nie wiadomo co robić. W sytuacjach bardziej formalnych, jak nie wiadomo co robić, robię scenariusz i patrzę co się dzieje. W grupach, które rokują na wejście w kontakt, szukam drzwi. Drzwi, furtki, bramy, szparki, szczeliny. Dotykam klamki, poruszam nią, szarpię, dzwonię pukam i zaglądam we wziernik od zewnątrz. Jeśli ktoś z drugiej strony odpowiada, staram się wejść w kontakt mówiąc jego językiem. W języku improwizacji – przyjmuję propozycję. W uważności na siebie i grupę, wzbogacam propozycję czymś od siebie i podaję z powrotem, jeśli wspólna opowieść zaczyna płynąć, siadam wygodniej i opowiadam razem z nimi. Przychodzi taki moment jak w scenie improwizowanej, że wiem co robić. Wtedy po prostu to robię, a to klika i już dalej idziemy bardziej razem. Sekwencja wielokrotnie powtarzana sprawia, że kilka godzin jest dość luźno i możemy działać jeszcze bardziej sprawnie, razem i realizować cele w poczuciu dobrej zabawy. Scenariusz postawiony na straży, cały czas z tyłu głowy, odhacza kolejne elementy. W innej kolejności, na inny sposób, ale cele ustalone przed warsztatem są realizowane. To punkt integracji scenariusza z improwizowaną realizacją na procesie. Pan Proces i Pani Improwizacja. Pan Krok i Pani Taniec. Liniowo i całościowo. Ani tak ani tak do końca. A jednak w zgodzie i przyjaźni. Cud. I tak też działa.

Bartosz Płazak