Blog

Trener czyli coach?

Może i wy spotykacie się z takim zjawiskiem, że ludzie mylą te dwa zawody. Dla wielu osób nawet trener, coach, terapeuta, facylitator, wykładowca to synonimy. Na uczelniach, w firmach, w projektach rozwojowych finansowanych przez… ja wciąż otwieram oczy, ale, tak zdarza się. Mniejsza o to.

Czy trener to coach? Niezupełnie. Mam jednak dużo spokoju o to, że kompetencje w tych zawodach uzupełniają się. To znaczy wychodząc z jednego z nich łatwiej się nauczyć tego drugiego, ale jednak bycie trenerem tylko w oparciu o doświadczenie w coachingu i odwrotnie, bez dodatkowego przygotowania wydaje się trudne. Mówię to z doświadczenia prowadzącego zajęcia trenerskie.

Dla uczestników szkoły trenerów, którzy posiadają doświadczenie coachingowe w pracy z jedną osobą, praca z grupą bywa wyzwaniem. Proces grupowy to nie tylko wiele procesów indywidualnych, to też jakość wynikająca z całej grupy, interakcji między uczestnikami, modelowania zachowań przez trenera. Ogarnięcie grupy wymaga wiedzy o procesie, doświadczenia z nim, narzędzi i wiary. Bo sygnały z grupy często są niejasne, a przewaga liczebna grupy przytłaczająca. Wymaga też umiejętności pracy i osiągania celów w warunkach występowania bardzo wielu bodźców jednocześnie. Potrzebny jest więc kontakt ze sobą, uważność, rozumienie narzędzia, rozumienie procesu, obserwacja własnych zachowań i zachowań uczestników, walidacja celów i szybkie podejmowanie decyzji cały czas.  Z drugiej strony patrząc, postawa coacha jako osoby towarzyszącej, wspierającej, otwartej, ciekawej, pracującej pytaniami, inspirującej innych jako umiejętność robienia tego wobec jednej osoby znakomicie sprawdza się w pracy z grupą, kiedy coach obejmuje rolę trenera. O ile pracujemy z grupą w oparciu o jej zasoby, demokratycznie, współtworząc z nią wynik.  Mowa tu więc o pracy trenerskiej w kontakcie z grupą, opartym na partnerstwie, w którym trener dodaje swoją wiedzę jako uzupełnienie tego, co wypracuje grupa i nie naucza. Może gdyby jeszcze rozwinąć ten opis dałoby się powiedzieć w pracuje z grupą w holistyczny sposób. Kompetencja i filozofia zarazem. Patrząc na pracę trenera w ten sposób, łatwo zauważyć, że trener to coach. Zapraszamy coachów poszukujących możliwości rozwijania swoich kompetencji w kierunku trenerstwa, ciekawych zobaczenia się w lustrze grupy, zaciekawionych grupami, zespołami.

Autor: Bartosz Płazak

Siła czy Moc? Czyli szkoła wojowników światła.

-Po co robisz tę szkołę? zapytał ktoś przez telefon. Lubię to pytanie. Od razu mam więcej energii.

Obserwuję, rozglądam się, stawiam pytania sobie i wszystkim dookoła od 30 lat. Najlepiej mi się rozmawia z samym sobą, bo najtrudniej odwrócić głowę w inną stronę. Spotykam jednak coraz częściej osoby, które nie tylko chcą mówić o tym, ale same pytają. Jest ich coraz więcej. Chcą pracować z innymi, budować świadomość zmian, które są teraz konieczne. To w związku z tym robię Holistyczną Szkołę Trenerów. 

Siła, materia, liniowość. Zysk, kredyt, PKB. Termin, deadline, koszty i konsekwencje. Siła. Niestety brakuje mi człowieka. Brakuje mi słuchania, otwartości, empatii, współczucia. Jednym słowem serca. Skupienie na osiąganiu czegoś i odciąganiu uwagi od tego kim jestem (jesteśmy) prowadzi do odczłowieczenia, zmęczenia, wypalenia samotności, pogubienia, wrogości, oddalenia, samotności. Za to jest wynik, kolorowy telewizor, nowy samochód. Niestety brakuje energii na to by się cieszyć, siły na relacje, czasu na życie. Jest dysonans. Bo przecież są powody do radości, a o nią samą jakoś ciężko. To skrót. Nie chcę więcej o tym pisać. Czuję złość.

Trener to dla mnie zawód zaufania społecznego. Niezależnie od tematu, z którego prowadzisz zajęcia, Twoi uczestnicy patrzą na Ciebie jako na kogoś od kogo można się uczyć. Przenikasz do ich świadomości, bo tam stoisz. Ci, którzy są ciekawi tematu biorą Cię w całości, Ci co mniej filtrują, ktoś powie On nie, ale i tak Cię słucha. Więc to, co mówisz ma znaczenie dla zmiany. To jak mówisz (jak pracujesz), do jakich obserwacji zapraszasz grupę, na co kierujesz uwagę, kształtuje te osoby, a zaraz później za ich sprawą kolejne. To zawód związany z odpowiedzialnością. Owszem jak w niektórych reklamach to zawód dobrze wynagradzany. Jednak trzeba się zastanowić, który świat budujesz? Siła czy moc?

Możesz osiągać swój przekaz będąc blisko ludzkich potrzeb, we współczującej postawie, dbając o prawdę w relacjach, pokazując prawdziwe dane, unikając kreowania złudzeń szybkiego luksusu i taniego łatwego piękna. Możesz pokazywać jedną i drugą możliwość i pozostawiać ludziom wybór. Możesz pracować pomagając odnajdować spójność i to co mocne w ludziach, możesz zapraszać wartości i możliwości spoza paradygmatu siły. Możesz pokazywać alternatywne rozwiązania i pozostawać w zgodzie ze sobą i z tematem, celem szkolenia. Możesz wspierać integrowanie sprzeczności, które zatrzymują ludzkie dążenie do wolności. Świat rozumiany jako przyroda i ludzkość jest w kryzysie. Trenerzy kształtują świadomość. Niezależnie od tematu szkolenia. W tym sensie, może i Ty chcesz być wojownikiem zmiany paradygmatu? 

Trenerstwo, bilet w jedną stronę?

Kiedy rozmawiam z osobami które zgłaszają się zainteresowane udziałem w Szkole trenerów zauważam ich gotowość do rozwoju. Kiedy opowiadam o szkole, w której jest oprócz wzruszeń, poznawania siebie, dobrych relacji i coraz większej jasności sporo pracy, słyszę gotowość i chęć. Kiedy straszę wysiłkiem związanym z pisaniem scenariusza, słyszę, że o to im chodzi. I o to chodzi.

Zawód trenera ma wiele twarzy. Możesz wykładać, możesz ćwiczyć, możesz zaglądać do wnętrza procesów, które dzieją się w osobach i w grupie, możesz używać podstawowych albo zaawansowanych narzędzi, możesz pracować na procesie, możesz być bardziej coachem, facylitatorem, mediatorem, prowokatorem, możesz improwizować, możesz pracować na scenariuszu, możesz wreszcie być od ludzi daleko albo blisko, możesz uczyć się od nich i uczestniczyć w ich odkryciach, możesz przeżywać strach i napięcie albo radość i wzruszenie. To naprawdę nie jest wszystko co możesz pracując z grupami. Możesz. Wielu z nich trzeba się nauczyć. Wydaje się proste i oczywiste by przeżywać, stosować, działać… Kiedy jednak masz to włączyć w proces osiągania celów, a dookoła Ciebie siedzi jeszcze kilkanaście osób, które coś chcą, sprawa staje się trudniejsza. Więc ten zawód to ciągłe uczenie się. Każde z tych „możesz” to jedno coś, co może masz a może nie masz w takiej dyspozycji, by sięgnąć po to w roli trenera pracującego z grupą. Każde z nich może przynieść Ci satysfakcję i nie tylko. I tu zaczyna się rozwój. I trwa. To zawód, w którym jesteś w drodze. Droga ta prowadzi do wciąż kolejnych warstw Ciebie. Spotykając się to z satysfakcją to z trudnością, chcesz czy nie chcesz, szukasz. I pojawia się kolejna odsłona Ciebie. Tego/tej, która wie, rozumie, potrafi, chce, sięga po więcej, cieszy się, jest dumna, tym bardziej im bardziej uczestnicy dziękują Ci za ich osiągnięcia w pracy warsztatowej. A ten rozwój masz na każdą inną część życia. I jak tu się nie uczyć?

Wu-Hsin. Taki jaki jest.

Alan Watts w wykładzie „Filozofia Tao” przywołuje  wu-hsin, czyli nie-myśl, inaczej, upraszczając – nieświadomość siebie. Mówi o nim jako o stanie całości, kiedy umysł raczej nie działa niż działa, a szczególnie kiedy umysł nie jest wyrazicielem, przedłużeniem  ego, które chciałoby być jego nadzorcą. To trochę tak jakby chodzić bez zastanawiania się nad chodzeniem, pozwalać by nogi szły same. Ten stan polega na używaniu całego umysłu, bez silenia się na ukierunkowanie go, ogarnianie jakiejś szczególnej części bardziej. Trochę jak patrzenie bez skupiania się na czymś konkretnym z zamiaru, jak pozwalanie sobie zobaczyć to co się wybija, zamiast wypatrywać czegoś. Przywołując Czuang Tsy: „Jeżeli uspokoisz ciało zjednoczysz swoją uwagę, spłynie na ciebie harmonia nieba. Jeżeli scalisz świadomość i skoncentrujesz myśli, duch zamieszka w tobie. Te ubierze cię, a Tao ochroni. Twoje oczy będą jak oczy nowo narodzonego cielęcia”  Bezczynne działanie umysłu można by przedstawić  też jako słuchanie bez nastawiania uszu, smakowanie bez dotykania językiem, wąchanie bez wdychania, dotykie bez naciskania, a każda z tych czynności stanowi przykład Wu shin. Shin to nie umysł, nie serce, nie intelekt, nie czucie, a zarazem jakoś każde z nich. Blisko wu shin do takich zenowskich pojęć jak umysł pierwotny, umysł buddy, czy wiaraiumysł, nie umysł. A więc hsin najlepiej działa jakby go nie było, albo jakby był nieuświadomioną całością, ogólnym, całym, spójnym procesem wszystkiego, dynamiczną, szybką  podążającą zmianą. I prawdopodobnie właśnie dopiero przy takim jego spontanicznym całościowym pojawieniu się ujawnią się też specjalne właściwości, zdolności, talenty, moce, Te, które są mu właściwe w naturze jego, a nie dają się rozwijać w umyślny sposób. Lao-tsy mówi: Wybitne Te nie jest Te, więc jest Te. Marne Te nie rzuci Te, więc nie jest Te. Wybitne Te jest bierne i bezcelowe. Marne Te jest aktywne i celowe.

Zastanawiamy się jak najlepiej poprowadzić pracę z grupą. Studiujemy materiały o narzędziach, technikach, interwencjach, sposobach organizacji treści, klasyfikacjach, typach uczestników, technologii, sztucznej inteligencji, zastosowaniu rekwizytów, mieszaniu metod pracy, bez końca dążąc do tego by lepiej się przygotować, by praca ( warsztat, szkolenie, coaching, trening) był lepszy przyciągał uczestników, więcej mógł im dać, lepiej odpowiadać celom. Kiedy jednak głębiej zastanowimy się dlaczego ludzie przychodzą na warsztaty, albo są zadowoleni z nich okazuje się, że „przychodzą na Ciebie, dałeś im, poruszyłaś w nich”. Tak się to nazywa,  w kuluarach  można niekiedy usłyszeć: byłam u niego czy u niej. Jakby w tym nazwisku było już wszystko. Temat, treść, sposób, korzyść, zadowolenie, czy tzw. efekt aha, czy wow, obojętne jak go nazywać teraz. Ludzie niekiedy nie znają tematów, programów, zagadnień treści warsztatów i śmieją się z tego nieznania w głos, siedząc w kręgu na warsztacie. Można by powiedzieć – nie wiedzą po co przyszli…  Wiedzą.  Całość jest w tej osobie.

Zdarza mi się obserwować trenerów na warsztatach superwizyjnych, kiedy prezentują autorskie projekty warsztatów. Widzę mnóstwo przygotowań, wiedzy, narzędzi, starania, pięknych idei, zaangażowania uczestników.  I tylko niektórzy z nich pozwalają sobie pójść za sobą, merytorycznie czyli projektując warsztat w obszarze który ich ciekawi, bawi, karmi, i w prowadzeniu czyli reagując bliżej siebie, interweniując w zgodzie z sobą, w swojej energii. To te właśnie prace grupy odbierają z błyszczącymi oczami, jest jakoś uroczyście,  coś dzieje się z czasem i przestrzenią. Bywa że pojawiają się zdarzenia, które można by nazwać błędem, czy trudnością, których jednak nikt nie zauważa bo zostają objęte, jakby od niechcenia ujawniającym się Te prowadzącego. Po zakończeniu takiej pracy zapada pełna zachwytu cisza, a później sypią się informacje zwrotne z których wybija się pytanie: jak ty to robisz. Odpowiedź albo mina prowadzącego najczęściej mówi: nie wiem. Ktoś nie ma świadomości co zrobił, jak działał, jaką jakość stworzył, choć odnajduje zdarzenie, zauważa je po fakcie, kiedy się dowiaduje. To po prostu się dzieje. Błędy są mu wybaczane wtedy jakby z automatu. Szybsza i mocniejsza jest ta specjalna moc Te. Ta wolność w której ukazuje się wewnętrzna prawda,  na którą ludzie tak czekają. Hsin.

Co więc daje nam skupianie się na technikach, narzędziach, metodach, zewnętrznej atrakcyjności warsztatu? Może warto więcej energii przeznaczyć na integrację wewnętrzną? Może moc która pochodzi z naszego wnętrza wciąż czeka na uwolnienie? Może będzie tak, że ta moc nie będzie chciała współpracować z modelami, technikami itd., może one właśnie ją wygaszają kiedy umysł skupia się na przygotowaniu i stosowaniu technik i dąży do atrakcyjności przez logikę wywodu?  Czy praca z grupami, z ludźmi jest zbiorem technik, czy jednak technikami w rękach kogoś kto uwalnia się i jest? Na czym oprzeć tzw. własny styl pracy? Pytania te nie mają dla mnie jednoznacznych odpowiedzi. Ważne jest i to i to. Szukanie równowagi to droga indywidualna. Dla trenerów, osób pracujących z ludźmi  miejsce na jej szukanie jest w każdej chwili życia. Bo zdaje się pracujemy z życiem.

Autor: Bartosz Płazak

Powrót do śnienia

Jedno z głównych założeń psychologii opartej o proces, której twórcą jest Arnold Mindell,  mówi, że funkcjonujemy równocześnie, na trzech poziomach rzeczywistości. Poziom Uzgodnionej rzeczywistości czyli tego na co się umówiliśmy, czym ono dla nas jest, a więc. np. kalendarz i daty w nim, dni tygodnia, urzędy, szkoły, instytucje, umowy, zobowiązania, zawody, praca, nauka. itp. Życie na tym poziomie stanowi pasmo zdarzeń w których działamy spełniając umowne zadania, dochowujemy terminów, zobowiązań, budynek z napisem szkoła to miejsce do którego możemy zaprowadzić dzieci by się uczyły, a urząd skarbowy… Poziom snu  czyli świat postrzegania zjawisk i reakcji jakie na nie mamy w związku z swoim postrzeganiem (widzę siebie jako kompetentnego, kogoś jako mocniejszego ode mnie) czyli emocje, wewnętrzne procesy z udziałem naszych figur sennych (reprezentacji naszych procesów widzianych przez nas jako osoby/role wokół nas), oraz związane z nimi napięcia, tendencje, trudności i progi, zwłaszcza te związane z istniejącymi pomiędzy figurami polaryzacjami. Poziom śnienia, nazywany również poziomem esencji, poziomem źródła, z którego płynie energia zasilająca nas w życiu i na tym poziomie jest ona jeszcze jednolita (niespolaryzowana),  i przejawia się w postaci subtelnych tendencji do działania, i to ona jest najbliższa naszej jaźni.

Świat w którym żyjemy zachęca nas, a może nawet zmusza, do spędzania najwięcej czasu na poziomie uzgodnionej rzeczywistości. Są tu zadania, konieczności, zobowiązania, kredyty, praca, rodzina, przetrwanie, zdrowie itp. Na co dzień właściwie nie sposób nie przebywać na tym poziomie. Niestety wymaga on sporo energii od nas. Fizycznej, do działania i psychicznej do decydowania, radzenia sobie z trudnościami. Trudności te często wynikają z przyczyn obiektywnych, innym razem pochodzą naszej psychiki, z poziomu snu. To nic że wiem, że muszę załatwić coś w związku z posiadaną umową x. Nie robię tego bo jakaś część mnie (figura senna np. buntownik) jest temu działaniu przeciwna, albo się go boi. Pewnie będę ją miał odruch zmarginalizować ( uciszyć, pominąć). I może uda mi się jeszcze ten jeden raz… To nie znaczy jednak, że sprawa jest załatwiona na zawsze.  Tak czy siak znów tracę na uporanie się z nią sporo energii. To wydać się może Wam znane. Zmienia się zadanie i treść trudności, figura, ale procesy podobne zachodzą w nas wszystkich po prostu. I być może, gdybyśmy obeszli się bardziej uważnie z buntownikiem, może zaprowadziłby nas do poziomu naszego śnienia. I może okazałoby się jakie ono jest w nas, dokąd nas prowadzi, co chce, co chcę. Skontaktowanie się z nim (śnieniem, tendencją, głęboką potrzebą) sprawia, że energia się pojawia. Nie tylko nie trzeba jej  dostarczać, ona tam jest.  Kłopot w tym, że system w którym żyjemy raczej zabiera nas jak najdalej od śnienia. Czyli od nas samych. Możliwie daleko od energii, która chce popłynąć przez nas byśmy byli. Jakie to wydaje się proste.

 W jednej z moich ulubionych książek Arnolda Mindella, „Psychologia i szamanizm” mówi on o zbiorowym śnieniu. O grupach ludzi z  rdzennych plemion, z różnych części świata, którzy poprzez swoje codzienne życie,  spotkania, prace, rytuały, wspólnie (razem, grupowo) oddawali się przeżywaniu jakiejś idei. Chodzi o grupowe śnienie. O bycie we wspólnocie, która przeżywa podobnie rzeczywistość, mówi o niej, tworzy ją, przeżywa razem emocje, buduje więzi i a jej uczestnicy umacniają się jako osoby i wspólnota. Taniec, modlitwa, rytuały, rozwiązywanie konfliktów, stawanie za sobą wobec wewnętrznych i zewnętrznych trudności, polowanie, obrona granic terytorium, budowanie… Moc plemienia, które razem śni zasila je i czyni całością, pełnią.

Dzisiejszy świat, ze swoim kultem jednostki nawołuje do indywidualnego sukcesu, wyprzedzania innych, zbierania możliwie wielu dowodów swojej sprawności w budowaniu własnego świata. Przestrzeni wypełnionej składowymi materialnego sukcesu albo dowodami na posiadanie. Żyjemy uczestnicząc w konkursie na śmierć z możliwie największą ilością zabawek, jak to pięknie prowokował Frank Farelly). Jednak jest to też konkurs (świat) oddzielający nas od nas samych, od naszego śnienia, od śnienia naszego plemienia, od śnienia Ziemi. To też świat w którym życie na poziomie uzgodnionej rzeczywistości (zatrzymanie się w niej) pochłania naszą życiową energię. To świat, w którym zdecydowanie za mało zasilamy się naszym kontaktem ze śnieniem (naszą głęboką naturalną energią, mocą natury, ziemi). Inaczej mówiąc oddalamy się od tego kim naturalnie chcielibyśmy być. Jako jednostki i we wspólnocie. Niestety w pakiecie jest oddzielenie, podmiotowe traktowanie natury. Drzew, lasów, zwierząt, powietrza, oceanu, ziemi jako całości. Patrzenie na naturę jako na coś zamiast na kogoś, czy jak na siebie po prostu.

Trener jako ktoś kto prowadzi grupę ma niezwykłą możliwość. Może bowiem, niezależnie od tematu, pokazywać ludziom jak to jest wejść do miejsca wspólnego śnienia. Może zapraszać grupę do pracy w taki sposób i tak aranżować warsztat by ludzie poczuli energię wspólnoty, ducha plemienia, dawali sobie wzajemnie wsparcie, zrozumienie i robili razem coś w co wierzą. Może wspierać ten proces świadomie obserwując miejsce gdzie pojawia się energia i podążać za nią wraz z grupą. I zaprosić do zauważenia i odkrywania tego swoich uczestników. Co ich napędza? Na co mają wciąż siłę mimo zmęczenia? Co ich woła?

Może też ów trener, a nawet powinien,  jako ten, w którym inni poszukują wzorca (jak bardzo byśmy się nie zarzekał/li że nie 😉 ),  być skontaktowany ze swoim śnieniem. Dobrze by korzystał z energii, którą śnienie daje,  podążał za nim i rozwijał. Dla siebie, by mieć z czego czerpać w swoim wymagającym zadaniu i by być przewodnikiem do Śnienia dla innych.

W ten sposób dokonywać się może, za naszą sprawą,  zmiana, której, jak pisze Arnold Mindell, świat dziś potrzebuje bardziej niż kiedykolwiek. Powrót do śnienia. Powrót do źródła.

Autor: Bartosz Płazak

Szkło i mech, czyli rzecz o gniewie i miłości

Okazuje się, że równie dobrze można się czuć na szkle i na mchu. Jakkolwiek to teraz brzmi Tobie w uszach zapraszam Cię do tej łamigłówki.

 Zasada perseweracji czyli powtarzania (się) informacji mówi, że Informacja nie może być zniszczona lub utracona, ale pozostaje w systemie (polu). Raz wysłany sygnał będzie się powtarzał, dopóki nie zostanie świadomie odebrany.  Emocja niewyrażona nie znika, dąży do ujawnienia, jako energia wpływa na system dopóki nie zostanie przyjęta, nie trafi na swoje miejsce.

Arnold Mindell mówi o osobowości, że jest ona zbiorem figur ze snu – różne figury w nas komunikują się, wysyłają sygnały, zakłócają się nawzajem. Ich działanie pochodzi z wzorca wewnętrznego. Kiedy próbuje się on wyrazić i jest to jakoś utrudnione, zakłócone, pojawiają się tzw. podwójne sygnały. Jeśli informacja nadawana przez figurę jest blokowana będzie chciała się wyrazić innym kanałem, będzie szukać sobie drogi.

Spotykam się z poglądem, że można mieć od razu radość. Nie trzeba przeżywać wszystkiego tego co ciężkie, trudne, zadawać sobie bezsensownego wysiłku, by powiedzieć sobie o tym co trudne, ciemne. Wystarczy się zdecydować. Tak po dorosłemu decydować. Jasne. Nie chcemy tego co boli. Naturalnie. Ból jest odrzucany, bo boli, piecze, ciąży. Mało tego, blisko niego jest lęk przed bólem. Też niechciany, marginalizowany, odsuwany. Bo ma być miło. Po dorosłemu?

W świecie, w którym mamy być zawsze piękni, mili, dobrzy, bogaci, gotowi, słowem mamy być ludźmi sukcesu nie ma w tym nic dziwnego, że wszędzie oczekiwana jest radość. Powinniśmy, może nawet musimy  być w radości. Obojętne skąd ją weźmiesz, jak do niej dotrzesz, jak się teraz czujesz. Sukces to radość. Radość to sukces. Sukces osiąga się przez radość, radość jest pochodną sukcesu. Pozostaje więc zadać sobie pytanie jak to zrobić? Po czym poznać radość? Po uśmiechu. Po pogodnej wypowiedzi,  po mimice, gestykulacji spójnej z sukcesem, (czytaj: z radością). Więc uśmiech na twarz i już. Łatwe.

Radości takiej pełno wokół. Na plakatach, w reklamach, w spotkaniach w biznesie, u babci która przychodzi do wnuczki, w małżeństwie, na pierwszej randce, w galerii, w dzienniku telewizyjnym. Podobnie w grupach, kiedy się one zbierają by pracować, czy być. Przecież chodzi o to by było dobrze. Mnie (osobie) i nam (grupie). Łatwe?

Czy jednak jesteśmy całością kiedy prezentujemy tę zamierzoną, chcianą, oczekiwaną, lubianą radość? Ten stan wymarzony przez osoby i ogłoszony jako domniemany stan społeczeństwa, ludzkości, świata. Nawet krowy na pudełkach z serkiem są uśmiechnięte. Wciąż jest lepiej, mamy wzrost gospodarczy, mamy lepsze życie, jesteśmy zdrowsi i mądrzejsi, jest taniej, nie ma głodu, cierpienia, ziemia ma nieskończone zasoby… Są powody by była radość! Da się to jakoś policzyć, stwierdzić, poprzeć faktami a jak trzeba obśmiać inne tezy, albo uznać że godzą w radosną codzienność w radości. Cóż, godzą.

A co z tą częścią Ciebie która się boi, złości, smuci? Co z tą częścią nas, która nie jest gotowa teraz na radość bo dostrzega zagrożenia, straty, inne osoby rzekomo dybiące na jej sukces? Pewnie ma sporo doświadczeń dybania. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?  Jak to ukryć? Łatwo. Łatwo? Przed kim łatwo? Przed sobą, przed innymi? Nawet gdyby się udało jak będzie się czuła ta część mnie, która ma się schować pod stół bo nie pasuje? Czy nie będzie się naturalnie buntować? Czy nie będzie chciała wyjść na światło dzienne, walnąć pięścią w stół albo tupnąć w podłogę mówiąc: ja też tu jestem?! A jak się będzie czuła ta, która jej każe się chować? Czy może nie będzie miała wyrzutów sumienia? Za spychanie tamtej, żywej, uprawnionej równo.  Czy jej to nie zakłóci sukcesu? Łatwe? Może się tak wydawać. Zwłaszcza kiedy ma już swoją historię powodzeń w spychaniu. Kiedy udało się tak zrobić raz, dwa, pięć, pięćset, tysiąc razy. Zwłaszcza jeśli omijając zgrzyty udało się coś przy tym osiągnąć. Łatwe? Nawyk?  

I nawet gdyby założyć, że ma sens odwrócenie tego nawyku, czy aby teraz ta cześć, która odwraca nawykowo działającą tamtą część  nie będzie się bać? Utraty pozycji, odkrycia fałszu, poznania się z tą co jej ma nie być? A co jak obie dostrzegą Ja? Małe, zapomniane, wciąż naturalne, stojące z boku i czekające na swoją kolej kiedy tamte już przestaną walczyć ze sobą o pole? Radość czy złość? Jasne czy ciemne. Część czy całość? Szkło czy mech? Jak przestać zmniejszać jedną część by była druga? Dlaczego wciąż jedna ma większe prawo niż druga?

W kilkudniowej, treningowej pracy grupowej,  wyraźnie widać jak ludzie próbują pokazać, że są w innej energii (emocjach, stanie) niż są faktycznie. Ujawnianie trudności jest odrzucone na wstępie.  Mówienie o lęku, złości, wstydzie, smutku, zaprzecza przyjętemu i obowiązującemu mitowi sukcesu. Radość jest chcianym stanem, więc raczej tam się wypada kierować. Niestety jakość tej radości odgrywanej „na skróty” jest jakaś. To „jakoś” a nie jakość.  To pokazywane z woli, wyboru, zamiaru pokazania się sobie i innym  jakoś przypomina radość, jednak trudno to z radością pomylić, bowiem jest jeszcze coś. W podwójnych sygnałach pojawia się Ciemna strona mocy. A przynajmniej takim mianem okrzyknięta strona mocy, ta Moc zawierająca trudne emocje.

Proces rusza, grupa rozpoczyna drogę do pełniejszego obrazu, współpracy i poznania, mija wiele godzin i dni, leje się sporo łez, zdarzają się zapowiedzi opuszczenia grupy, są podniesione głosy, symptomy cielesne i bardzo ciche słowa. To tu to tam ktoś mówi też te ciemne słowa. Coraz częściej. Strach, złość, gniew. Postrach jeszcze większy, groza a zaraz potem u(śmiech). Zaskoczenie. Z czego się tu śmiać. A może to jednak radość? Zaraz po strachu, gniewie, złości i smutku?  Dopiero po nich?

Odpowiedni czas poświęcony ujawnianiu będących niestety w większości (trzech z czterech głównych emocji) owocuje ulgą, oddechem, przyjęciem tych postaci w nas, co miały siedzieć pod stołem i waliły pięścią w podłogę. Uwzględnieni nie tylko się zgadzają na nią ale nawet zapraszają tę wyczekiwaną królową emocji. Radość. Po salwie gniewu spontanicznie pojawia się śmiech, jak na komendę. Wszyscy. Bez powodu? O co chodzi? Co się stało?  Skąd to? I jaka lekka a zarazem mocna energia w nas…

Radość też może stać w poczekalni. Może nie móc się przebić przez pozostałą większość. Kiedy głowa decyduje, że ma być radość, pojawi się raczej dziwny grymas na twarzy, dysonans w odbiorze, odmowa i złość na siłowe zapraszanie do bycia w radości. Kiedy jednak w sercu (w grupie) zrobić miejsce na ciemną Trójcę, wysłuchać jej , polubić i docenić, ona sama (Trójca) zaprasza oczekiwaną Radość. Dopiero wtedy się zgadza, by zrobić jej miejsce. Bez tej zgody radości może być ciężko się przebić.

Mniejszość zmarginalizowana będzie zawsze dochodzić swoich praw. Jak nie wprost to spod stołu. Dla pełni potrzeba by sprawy mniejszości i większości były wysłuchane. Zarówno ja, który się złoszczę rozumiany jako część mnie, figura senna, jak i jako osoba, jako członek grupy, kiedy mają do powiedzenia coś niechcianego muszą być wysłuchane. Mało tego wysłuchane z intencją przyjęcia, może nawet zaakceptowania, polubienia,  pokochania. Bez tego nie ustąpią. I nici z radości. Nie zrobią jej wystarczająco miejsca.  I tę intencję może można wybrać. To bardzo ważna umiejętność.  

O ile praca z trudnymi emocjami jest jak droga po tłuczonym szkle, a bycie we wspólnocie, bliskości, radości w lekkości jest jak siedzenie na mchu, zauważamy w końcu,  że żeby usiąść na miękkim mchu, warto przejść drogę po stłuczonym szkle. Okazuje się, że nagrodą jest wolność, i bliskość wewnętrzna i w całej grupie. Okazuje się też, że droga przez szkło była niemal tak samo atrakcyjna jak siedzenie na mchu.  Łatwe? Może i nie. Warte jednak uwagi jako alternatywa jakości wobec jakoś tam.

Autor: Bartosz Płazak

Dawać czy nie dawać?

Ludzie szukają wiedzy, doświadczenia, bliskości, wspólnoty. Poszukują czegoś co by dopełniło ich samych, odpowiedziało na ich pytania, pozwoliło rozumieć  siebie i czuć się lepiej, wyzwoliło, dopełniło…  

Warsztaty, treningi, szkolenia, spotkania  grupowe, których celem jest rozwój osobisty i edukacja, są miejscem takich poszukiwań.  Dłuższe wieloczęściowe cykle szkoleniowe takie jak szkoła trenerów, szkoła coachingu, terapii, szczególnie są nasycone oczekiwaniami zaspokojenia potrzeb.   W takich projektach jednocześnie się uczymy od prowadzących, od siebie samych i od uczestników nawzajem. Mnogość interakcji to większa szansa na zdobycie tego czego szukamy. Łatwo tu o zaangażowanie i odwagę grupy, które prowadzą do coraz głębszych poszukiwań i ułatwiają je. Nagrodą jest samoświadomość, wiedza, relacje, więzi, inspiracje, zmiana, jasność. Znakomite kroki we własnym rozwoju. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, i tak jest z ciekawością i chęcią zdobycia więcej i tu na warsztatach.  Z czasem ich trwania coraz jaśniejsze też staje się od kogo można to dostać.

Prowadzący warsztaty ma okazję być blisko uczestników i pewnie nie raz zobaczy jak spoglądają oni w jego stronę pytająco , z zaciekawieniem, zachęcając go do dawania więcej. Więcej na tematy ciekawiące uczestników, więcej na temat samego prowadzącego, jego doświadczeń, a chwilami też mniej o tym co jest tematem warsztatu. Zobaczy jak ciekawią się i poszukują możliwości poznania tego co z głębi powoduje jego zachowaniem. Pewnie uznają, że on coś więcej wie, że zna odpowiedzi na nurtujące ich pytania, że może im pomóc coś lepiej rozumieć, wiedzieć lub czuć się inaczej. Traktują go jako ważnego i mogącego więcej niż oni sami. Również przez to co już dostali. I może trudno się dziwić, że chcą jeszcze.

Trener może rzeczywiście mieć dużo do powiedzenia, znać odpowiedzi, mieć doświadczenie w sprawach nurtujących uczestników, bądź umieć poprowadzić ich do odkrywania własnych odpowiedzi. Bywa też jako człowiek zwyczajnie zaangażowany w grupę, w relacje, może mieć ochotę dać. Obserwuje i doświadcza, podobnie jak wielu innych ludzi, uczestników warsztatów, potrzeby poznania, bliskości, relacji, wymiany…  I powinien odpowiedzieć na niektóre potrzeby uczestników. Zwłaszcza kiedy obserwuje, że potrzeba rozwikłania czegoś uniemożliwia osobie w grupie uczestnictwo w warsztacie, bycie ze sobą samym w kontakcie i uczenie się.  Jako trener dobrze jednak, żeby uznał że nie jest w stanie, lub że nie powinien odpowiedzieć na większość dalej idących  potrzeb. Z kilku powodów.

Pomimo pokusy dawania wsparcia, odpowiadania tam gdzie jest potrzeba trener powinien się poruszać w zakresie celu i tematu warsztatu. Ma obowiązek zająć się pytaniami i dodatkowymi potrzebami w tym tylko zakresie i o ile czas na to pozwala.  Poza tym wyjątkiem, każde dzielenie się sobą, dawanie wsparcia,  zajmowanie się potrzebami ma swoje granice. Dobrze je znać. Dobrze wiedzieć jakie wewnętrzne sygnały ostrzegawcze pomagają  trenerowi zatrzymać się we właściwym miejscu.

Warto pamiętać o swojej roli prowadzącego pracę grupy. Daje ona wskazówki ile, kiedy i jak udostępniać uczestnikom swoją wiedzę i swoją obecność. Kiedy odmawiać, komu odmawiać, jak ta odmowa lub jej brak wpływa na proces rozwoju grupy.  Jednym z wyznaczników powinno tu być dbanie o własną energię, odpowiednie jej dozowanie tak by znając potrzeby grupy, procesu, tematu nie utracić jej zbyt wiele i zbyt szybko.  Choć może w tej chwili trudno Ci to zauważyć, istotne jest patrzenie na siebie w perspektywie długoterminowej i adekwatne wydawanie energii, która ma starczyć na dłuższy, liczony w latach czas pracy z ludźmi i uczenia się.

Ważne by pamiętać, iż pytający nie zawsze jest gotowy usłyszeć odpowiedź. Proces wywołany nadmiarowo otwartą (czy w ogóle udzieloną), może nie wspierać dalszej pracy osoby, innych osób, pochłaniać czas, wreszcie przerodzić się w większą trudność. I to prowadzący będzie musiał wtedy użyć kolejnych swoich zasobów by dla siebie i grupy zaradzić temu co się pojawi.

Warsztat edukacyjny, trening umiejętności to sytuacje grupowe, w których prowadzący nie powinien przekraczać granic interwencji terapeutycznych jak również nie powinien przyjmować postawy zbyt nauczycielskiej. Niestety są to częste, mniej lub bardziej jawne, świadome lub nieświadome oczekiwanie uczestników. Dobrze by trener umiał je zauważyć i wiedział co zrobić by na nie nie odpowiedzieć. Dobrze by zdawał sobie sprawę z możliwych reakcji uczestników na swoją odmowę (zawodu, niezadowolenia, roszczeń tu i teraz oraz przyszłej  akceptacji, zrozumienia i zadowolenia) i je akceptował trzymając się swojej decyzji.

W prowadzeniu grupy w kontakcie, na energii uczestników, w partnerski sposób, stwarzając okazję do uczenia się przez doświadczenie, trzymanie granic swojej obecności przez trenera ma szczególne znaczenie. Poprzez modelowanie zachowań prowadzący kreuje charakter grupy. Ludzie obserwują i uczą się w oparciu o model jaki widzą. Przejawiają zatem za chwilę podobne zachowania. Uznają, iż do tego właśnie powinni być gotowi w grupie między sobą, albo wobec innych ludzi w życiu. To rzecz o odpowiedzialności prowadzącego. Do czego prowadzisz innych dając, odpowiadając, dzieląc się sobą. Ile dawać? Kiedy przestać i dlaczego? To ważne pytania, które warto sobie w roli lidera (prowadzący grupę jest tak postrzegany czy chce czy nie chce) zadawać.

Utrzymywanie się w postawie nie wiem, umysłu dziecka, umysłu początkującego świetnie wspiera niedawanie za dużo. Uznawanie,  że nie wiem nic więcej niż uczestnicy, pomaga prowadzącemu poszukiwać odpowiedzi u nich samych. A to z kolei pomaga im zauważyć ile sami wiedzą. To wspiera ich sprawczość.  Pomaga zapraszać  poszukujących do własnych  poszukiwań, uwalnia ich potencjał.  To co pozostaje nam to facylitacja procesu poszukiwań i działanie (dawanie) w punkcie krytycznym, czyli tam gdzie wiedza uczestników się kończy. W tym punkcie powstaje partnerstwo, wymiana  i współpraca… I możemy wreszcie nie być mądrzejsi ani szybsi od uczestników.

Odmawianie może nie być łatwe dla nas i nie być mile widziane przez grupę co najmniej na początku. Odmawianie obciąża  tą część nas, która chce dawać, dzielić się, być dobra czy lepsza. Obciążenie czytaj przeciążenie dawaniem z czasem jednak staje się coraz większe, czytaj za duże. Nawet dla tych co dawania chcą. Z czasem jednak i nie dawaniem, uczestnicy rozumieją dlaczego nie dajesz. Zaczynają szanować Twoją energię naturalnie, z własnej woli. Obdarzają Cię troską i z tego miejsca nie oczekują już. Doceniają to co dajesz i dają sami, podejmując ryzyko i ciesząc się z przestrzeni na „nie” dla wszystkich. To stawia nas w pozycji równości.

Autor: Bartosz Płazak

Wu wei

Wu wei to jedna z zasad taoizmu. Mówi ona, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, że warto zgadzać się na bieg zdarzeń taki jaki jest, unikać ingerowania w bieg spraw i narzucania czegokolwiek. Przeciwstawia się formalizmowi, przykazaniom, zaleceniom, które maskują prawdziwe uczucia. Wu wei oznacza nie działanie. W tym niedziałaniu nie chodzi o bezczynność. Chodzi o nie robienie niczego co byłoby wbrew temu co chce się wydarzyć, wbrew sobie, wbrew naturze świata. By robić to, co zbliża nas do siebie samych, co oczyszcza umysł i zaprasza tę wewnętrzną iskrę, której obecność w nas sprawia, że nie czujemy, że pracujemy, nie działamy w rozumieniu działania, które jest trudem. Chodzi o działanie płynące z wewnętrznej jasności, zgodne z jej naturą i prawami, działanie, które jest źródłem energii, samozasilającym się procesem pełnym życia.

W pracy z grupą jest coś kuszącego w tym niedziałaniu. Niedziałanie samo przychodzi prędzej czy później. Zaprasza, wyłania się tajemniczo z tego co próbuje się wydarzyć, z zachowania uczestników, z interakcji, z potrzeb, z języka, z wyników ćwiczeń, z trudności, oporu, zmian napięcia, atmosfery, chęci do pracy, wyników pracy, jakości interakcji. Ten naturalny ruch od działania do niedziałania jest pozornie sprzeczny z rolą prowadzącego grupę. Zaprasza pomimo to. I przychodzi taki moment, że zrobienie czegokolwiek co powinno być zrobione, co wynika z przyjętej formy,  wydaje się nie mieć najmniejszego sensu. Scenariuszowy pomysł na ciąg dalszy jest aż tak odległy od tego co się dzieje, od tego co jest potrzebą uczestników, co pogłębiałoby dotychczasowy przekaz, co wydaje się potrzebne, wokół czego jest energia, chęć, motywacja. I to jest moment, który jeśli go zauważysz, poczujesz, zgodzisz się na niego i pójdziesz za sobą, za grupą, to może się wreszcie przestać dziać to co ma się dziać a zacząć to co chce wyjść na powierzchnię z procesu i co jest w tej chwili najlepsze. Działanie przechodzi w niedziałanie. Wychodzisz z roli tego co wie, co dzierży w rękach władzę i odpowiedzialność ma na plecach, tego który ma znać wszystkie odpowiedzi, mówi, wyjaśnia, dwoi się i troi na rzecz osiągnięcia przez wszystkich konkretnego, przewidzianego i oczekiwanego wyniku (o ile to w ogóle jest możliwe). Rzeka, jeśli by tak nazwać pracującą grupę, ma swój nurt i zaprasza Cię byś w niego wskoczył. Przelewa się już przez wytyczany sztucznie brzeg.  Kiedy ryzykujesz i do niej wchodzisz i dajesz się nieść nurtowi stajecie się jednym. Ty jesteś mokry a rzeka zawiera i niesie Ciebie. Nie tracisz swoich możliwości. Uzyskujesz inne. Podobnie rzeka. Jest dalej sobą, nurtem, wirem, powierzchnią, głębią, dnem, kamieniem. Ale niesie i zawiera też ciebie. Zmieniacie się każde w sobie. Robicie to co chce się wydarzyć razem. Nagle jesteście jednym i wpływacie na siebie. O ile zechcecie się szanować, wasze właściwości łatwiej przechodzą z jednego na drugie, pojawia się moc, która łączy jakości jednej i drugiej strony. Więcej też jest energii, uwalnia się wciąż dalej i na nowo. Nagle okazuje się, że bez wysiłku by zrealizować  program i tak on jest zrealizowany. Bez silenia się na odpowiadanie na wszystkie pytania i bez bania się o jakość odpowiedzi, wszystkie pytania są odpowiedziane.  Wydarzyło się to w nurcie rzeki czyli w procesie pracy grupy.  Pracy w której byłeś członkiem grupy i prowadzącym, podążałeś za potrzebami realizując znane ci cele, uwzględniałeś uczestników a oni uwzględniali ciebie. Przeplataliście się by się wzajemnie wzmacniać, kształtować, trzymać się razem i wchodzić w spory. Satysfakcja była dla was drogowskazem i nagrodą. Ktoś powie hmm,  jak do tego doszło? Trochę wygląda jakby on tu niewiele zrobił. Ktoś inny: wszystko zostało zrobione, ba nawet sporo więcej. Tylko jak to się stało, kiedy? Jedno zawiera drugie i cały czas są koło siebie, przeplatają, zmieniają. Nic nie rób, rób nic. Wu wei.

Autor: Bartosz Płazak

Yu wei

Chiński znak Yu wei składa się z ręki i księżyca. Sięganie po księżyc. Branie tego co nie daje się wziąć. Sięganie po coś co z natury nie da się wziąć. Za daleko, za duże, za nieosiągalne, za niemożliwe. Za, za, za. Tak oczywiste jest, że nie da się sięgnąć po księżyc. A jednak jest pokusa. Mamy nawet przykład takich dwu co sięgali…

W paradygmacie materialistycznym, w naszych czasach, w społeczeństwie świata zachodu słowa w rodzaju: „sięgaj gwiazd, możesz wszystko, sky is the limit są mitem sukcesu tych czasów (mitem w rozumieniu ścieżki po której należy, powinno się iść).  Dla bardziej prężnych ego oznacza to: mogę mieć co zechcę. Sukces  jest tym czego powinniśmy oczekiwać od życia. Może nie tylko od swojego. A przecież mit mitem a życie życiem. Raz łatwiej raz trudniej. Przy odpowiednio dużym imperatywie osiągania (sukcesu)  łatwo o frustrację, pokusę pójścia drogą na skróty. Blisko stąd do próby kontroli-usunięcia z drogi tego co przeszkadza. Wtedy przecież uda się to co ma się udać. Tak czy siak wymaga to działania. Robienia czegoś by osiągnąć coś innego i pokonywania przeszkód na tej drodze. Yu wei czyli działanie, to przeciwieństwo niedziałania (wu wei). W taoizmie wu wei i yu wei to podstawowe elementy tej filozofii. Uzupełniające się nawzajem i stojące w dynamicznej opozycji.

A na sali szkoleniowej z grupą, działanie czy niedziałanie? Bo przecież jest coś do osiągnięcia. Bez wątpienia. Więc działanie. Osiąganie. Realizacja ćwiczeń, przekazywanie wiedzy, praca z oczekiwaniami, spełnianie, wyjaśnianie, odpowiadanie na pytania, dążenie do zrozumienia.  Mieszczenie się w czasie. Zajmowanie się tematem i celem a nie tym co niesie proces, na co mielibyśmy ochotę, albo co ważnego pojawia się spomiędzy wierszy scenariusza kiedy jest on realizowany na sali. Zamykanie się w ramie tego po co tu się spotkaliśmy, tak jak ona jest tu rozumiana. Warsztat – edukacja. Trener – ktoś kto uczy. Uczestnik – ktoś kto odbiera i dostaje. Relacja: oddzielenie, zależność uczestnika.Wyższy status prowadzącego. Struktura pracy i dynamika. Widać efekty, po kolei dzieje się i można je odliczyć. Liniowo.  Łatwiej w ten sposób o mierzenie wyników. Wielu, może większość uczestników łatwiej uchwyci co się wydarzyło, jakie mają „przychody” i korzyści w życiu czy pracy. Działanie, robienie, dzianie się, ruch, tempo. „Działo się, oj działo się” to świetna rekomendacja dla warsztatu, kiedy wypowiada ją uczestnik po nim. Łatwo pomyśleć, że co przekazane to nauczone, co wysoko ocenione to dobrze zrobione, co pokazane w atrakcyjnej dynamicznej grze, dobrze zostało przyswojone, co pokazane w atrakcyjny  sposób w nowoczesnej aplikacji to lepiej przyswojone, brak ciszy, brak nudy, wypełnienie tym co wniesione przez prowadzącego. Zmysły bardziej obciążone. Uwaga na ramie. Rama i struktura pracy to bezpieczeństwo.  Prowadzący zaś trzyma się roli, nie wchodzi za bardzo w interakcje, nie dzieli się sobą za bardzo, zaradza rodzącym się problemom, sam odpowiada na wszystkie pytania, mówi z miejsca tego który wie i bierze odpowiedzialność za wynik warsztatu na siebie. Taka forma pracy najczęściej jest atrakcyjna dla uczestników bo nie muszą się narażać na wyjście ze strefy komfortu. Czy jednak o to chodzi? Czy w ten sposób sięgamy (jako uczestnicy) po rozwój? Czy może po księżyc?  Jak włączyć nie działanie? Czy to coś może dać? Czy da się coś osiągnąć w pracy nie pracując? Jakoś trąci absurdem.

Działanie jest ok. Jest bardzo potrzebne. Nie wydarzy się to co konieczne bez działania, robienia i bycia w roli. Jednak powinno je uzupełniać nie działanie. Podążanie. Branie tego co jest za przewodnika i wychodzenie poza granice planu i znanego. Jak to w taoistycznej zasadzie-jedno przenika drugie. Jedno zawiera drugie. Istotą wszystkiego jest zmiana. Robiąc jedno zapraszasz drugie. Nie da się być w jednym. Zmiana i tak nadejdzie. Czy chcesz czy nie. Jeśli odnajdujesz się w działaniu szukaj niedziałania. Jeśli w niedziałaniu również działaj.

Autor: Bartosz Płazak

PU (ść) się

Staramy się. Uczymy, douczamy, poszukujemy, doskonalimy, umacniamy, zmieniamy, dopracowujemy, budujemy, rozwijamy. Brawo. Naprawdę brawo. Świetnie. Dla nas, naszych bliskich, naszych współpracowników, ludzi wokół nas.

Umysł dyktuje pytania: jak w tej sytuacji, jak w tamtej, skąd to wynika, skąd tamto, co się tu dzieje, co się działo wtedy, jak pomóc, kiedy przestać pomagać,  skąd wiedzieć, jak to robią inni, że im tak świetnie idzie? Super. Pytania to szansa na więcej świadomości, na rozwój. Ja z którym się utożsamiam, to samodoskonalące się, chciało by znać odpowiedzi, rozumieć i umieć z nich korzystać. Pytania, odpowiedzi, pytania, poszukiwania, nadpisywanie starego nowym, wracanie do starego, szukanie nowego Nowego. Ech, zamieszanie, wirowanie. Rozwojowe… a jednak zamieszanie.

A kiedy siadasz przed grupą całe to zamieszanie siada z Tobą.  Niestety, siadasz z całym tym procesem. Dylematy, pytania, wyzwanie. Ciekawość, opcja, wariant. Umysł  działa szybko i dalej stawia pytania, na warsztacie też. Pracujesz. Raz wychodzi a raz nie. Raz jest fajnie a raz mniej. Magicznie powiązana z krytyką potrzeba doskonalenia podpowiada te oceny… Oczywiście grupy są zadowolone, sukces za sukcesem, warsztat za warsztatem jest ok. Jednak niezadowolony krytycznie nastawiony wewnętrznie ja/ty wciąż pyta:  czy dobrze, czy na pewno? Czy wystarczy? Pyta w trakcie, pyta po, pyta przed…  i szuka czegoś lepszego. Idzie po więcej, lepiej, bardziej. Brawo. Naprawdę brawo. Świetnie. Dla nas, naszych bliskich, naszych współpracowników.

W tradycji taoistycznej  Pu oznacza prosty, uczciwy, naturalny. Pierwotny stan.  Znak (w piśmie Chińskim) Pu składa się z dwu elementów: oznaczającego drzewo i oznaczającego zagajnik. Pu oznacza rodzaj pierwotnej mocy, potencjału właściwych drzewu, które po prostu rośnie. Pu to moc towarzysząca czemuś naturalnemu, niezmienionemu.  Twoja moc Pu to zwyczajnie, to kim jesteś  w tej okoliczności, po prostu to co teraz w sobie masz. Takie jak jest. Z wiarą w swój talent, możliwość, unikalną jakość, najlepszą w tej chwili. Warunek:  naturalna moc PU towarzyszy Ci tym bardziej im  mniej  zmian pierwotnego stanu PU.  Jak dziecko ze swoim czystym umysłem, pełnym potencjałem, dziewiczą prostotą i plastycznością. Jest i ma moc.  Odrzucając komplikację, dążenia do ulepszenia, arogancję ego które domaga się doskonałości czyniąc to co jest niedoskonałym jesteśmy w PU.  Moc jest przed zmianą. Pu to przedrefleksyjna obecność, czysta, niezmieniona. Pu(sty), ciekawy umysł dziecka.

A gdyby tak puścić te pytania? Nawet zapytać, ale nie szukać odpowiedzi nigdzie poza sobą. Gdyby siąść i pozwolić by działo się co chce się dziać? Być i robić to co czuję.  W zgodzie ze sobą.  I na tym warsztacie jako trener: na temat, pozostając w celach, zgodnie ze sztuką. Ale bez parcia na doskonałość? Za to będąc w swoim flow, w zgodzie z moją naturą. Tak po prostu. Naturalnie i czysto. Ze zgodą na to, że to właśnie jest najlepsze? Z właściwością PU.

PUść się. Prowadź tę grupę tak jak czujesz. To radość i moc. Choć na chwilę PUść się na każdym warsztacie. Przedłuż ciszę jak nie wiesz co dalej, czujesz, że coś chcesz powiedzieć ale jeszcze nie wiesz wyraźnie co, poczekaj na to, znajdź to w sobie, nic nie mów jeśli nie chce ci się mówić, zapytaj o coś jeszcze, co z pozoru nie ma znaczenia, podziel się swoją radością, frajdą, odczuciem, myślą, obserwacją, nadzieją, trudnością, niepokojem, zaproponuj coś innego, zmień kierunek bo tak czujesz, podążaj za sobą i za grupą. Zrób po prostu to co chce być zrobione. Zagajnik. Drzewa. Drzewo rośnie.  Po prostu. Jest jakie jest. A potem jest następne.

Bartosz Płazak