KONTAKT

Adres:
Gajrowskie 12a
11-510 Wydminy

Bartosz Płazak tel. 502 351 161

Obserwuj nas

Category: Blog HST

14 października, 2018 by DW 0 Comments

Kultura psychologiczna i jej ciemna strona. Antyrozwój?

Kultura psychologiczna i jej ciemna strona 

Rozwój osobisty jest częścią kultury psychologicznej, która zawładnęła światem zachodnim w drugiej połowie XX w. Jej główne założenia odzwierciedlają indywidualistyczny charakter cywilizacji zachodnioeuropejskiej, w której prawa jednostki, jej dobrostan i dążenie do szczęścia stają się podstawowym imperatywem kulturowym. Jeśli czegoś chcesz to masz prawo to mieć. Nic nie może cię ograniczać z wyjątkiem praw innych jednostek, które mają swoje aspiracje i dążenia.

Dzisiaj rozwój osobisty jest prawdziwym fetyszem psychologicznie zorientowanych konsumentów bogatego świata. Trzeba nieustannie siebie doskonalić, lepiej się komunikować, dbać o swoje prawa, realizować siebie i mieć jeszcze więcej przyjemności z życia. Czy coś tu może być nie tak?

James Hillman, wybitny terapeuta zorientowany ekopsychologicznie pisze „Psychoterapia istnieje od lat, ludzie stają się coraz wrażliwsi, a jednak świat ma się coraz gorzej. Być może nadszedł czas, żeby się nad tym zastanowić”.

Wydaje się, że głównym grzechem zjawiska pod nazwą rozwój osobisty jest bezkrytyczne wzmacnianie tendencji indywidualistycznych wśród uczestników różnorodnych warsztatów i treningów. Zachodni indywidualizm jawi się jako znaczące zachwianie równowagi między kategoriami „ja” i „my”. A to oznacza, że ludzie w dużym stopniu odcięli się od istotnego obszaru wsparcia społecznego, które było dostępne w dawnych czasach i jednocześnie określało to, kim jednostka jest. Zachodni indywidualizm stawia też coraz bardziej wygórowane wymagania wobec ludzi. Dzisiaj „dobrze przystosowany” oznacza osiągający sukces, a nawet najlepszy. Jednak ilu może być tych najlepszych? Społeczne naciski próbują uczynić z nas wyjątkowe pod każdym względem osoby, podczas gdy zwykły rachunek i realistyczne oceny wskazują, że na samym szczycie mogą znaleźć się tylko nieliczni. W ten oto sposób człowiek bierze na siebie ogromny ciężar sprostania rosnącym wymaganiom z jednocześnie powiększającym się obszarem rywalizacji z innymi. Poza tym w rozwiniętych społeczeństwach dramatycznie rozpowszechnił się „mit wysokiej samooceny”. Oznacza on, że współcześni rodzice robią wszystko, by ich dzieci czuły się zawsze dobrze i miały wyłącznie pozytywne przekonanie na własny temat. Ta tendencja, choć wydaje się być czymś naturalnym, prowadzi do wielu niekorzystnych konsekwencji. Opiera się ona bowiem na zakłamywaniu rzeczywistości. Nie ma tutaj znaczenia, czy poczucie własnej wartości jest oparte na uzasadnionych czy nieuzasadnionych przesłankach – celem jest maksymalizowanie tego poczucia. Tak oto dzieci w Stanach Zjednoczonych myślą wprawdzie, że są najlepsze i wyjątkowe, choć w konkretnych sytuacjach życiowych coraz trudniej im sprostać realnym okolicznościom. Mimo że posiadają wysokie poczucie własnej wartości, to jest ono niezwykle kruche i niestabilne, i nie może być inaczej, skoro nie jest oparte na rzeczywistych przesłankach.

Ostatecznie tam, gdzie jest coraz więcej indywidualizmu, jest też coraz więcej odcięcia od szerszego kontekstu społecznego i przyrodniczego. Zostajemy samotni pośród innych samotnych, otoczeni przez obcą i pozbawioną dla nas znaczenia przyrodę, o którą w coraz mniejszym stopniu się troszczymy.

Wobec powyższych faktów potrzebujemy prawdziwego przełomu w myśleniu o człowieku i jego rozwoju. W proponowanych przez nas formach pracy w ramach rozwoju osobistego powinniśmy większy akcent kłaść na prawdziwie holistyczne podejście, w którym człowiek widziany jest zawsze w szerokim kontekście innych ludzi, przestrzeni kulturowej i przyrodniczej.

Naszym zadaniem jest przede wszystkim ukazywać nasze powiązania z całym światem, odkrywać głębokie związki z sobą, innymi oraz otaczającym nas środowiskiem: oceanami, powietrzem, rzekami, lasami, wilkami i dżdżownicami.

W dawnych czasach wszystkie psychologie były ekopsychologiami. Dzisiaj potrzebujemy prawdziwej rewolucji psychologicznej, by nie obudzić się samotnie w zniszczonym przez nas świecie.

14 października, 2018 by DW 0 Comments

Integralne podejście do pracy z grupami

Człowiek jest całością. To banalne  stwierdzenie ma zupełnie niebanalne konsekwencje w odniesieniu do prowadzenia grup. Każde zajęcia, jakie prowadzi trener, każdy scenariusz czy program, który tworzy zakorzenione są w pewnej wizji człowieka i świata. Ta wizja może być mechanistyczna, kawałkująca rzeczywistość na oddzielne części albo holistyczna odwołująca się do wzajemnych powiązań całego systemu.

Podejście mechanistyczne wydaje się być wciąż dominujące, szczególnie w obszarze biznesowym. Chodzi w nim o rozwój wybranych aspektów, takich jak np. sprzedaż, czy motywacja pracowników bez głębokiego spojrzenia na kontekst funkcjonowania osoby w instytucji, a instytucji w otoczeniu społecznym i środowiskowym. Pojawiają się wprawdzie nowe idee związane ze społeczną odpowiedzialnością biznesu, ale i one najczęściej podporządkowane są dominującej kategorii, jaką jest generowanie zysku firmy.

Alternatywą jest podejście integralne, które w sposób zdecydowany odchodzi od zawężonego i redukcjonistycznego podejścia do szkoleń. Przede wszystkim zmiana dotyczy sposobu patrzenia na uczestnika. Przestaje on być „pracownikiem”, „menadżerem” czy przedstawicielem kasty eufemistycznie nazywanej „kadrą”, a staje się po prostu osobą. I jako osoba zawiera w sobie różnorodne, powiązane ze sobą jakości odnoszące się do ciała, psychiki, umysłu i ducha. No i dodatkowo jako osoba uczestniczy w szerszej wspólnocie ludzkiej i środowiskowej.

Podstawowe pytanie brzmi: po co uczestnik udaje się na zajęcia które prowadzimy? I dalej: po co my proponujemy te właśnie zajęcia? Czy chodzi wyłącznie o zwiększenie wydajności pracy, o wykrzesanie jeszcze więcej motywacji i gotowości do realizacji kolejnych zadań?

W podejściu integralnym chodzi o całe życie. Nie tylko życie człowieka, ale życie w jego całościowym wymiarze. Zaczynając od ciała zwracamy uwagę na to co i jak jemy i pijemy. Ile czasu poświęcamy na pracę, aktywność i wypoczynek. Czy dostarczamy sobie odpowiedniej ilości ruchu. Jak oddychamy? Dbając o siebie w wymiarze cielesnym jednocześnie wyrażamy troskę o otaczającą nas przyrodę. To ona ostatecznie weryfikuje, czy nasze zabiegi o własny dobrostan są ekologicznie adekwatne. Nasze głębokie potrzeby są potrzebami planety, a potrzeby planety są naszymi potrzebami, więc jeśli jesteśmy w konflikcie ze środowiskiem szkodząc mu, to tym samym szkodzimy sobie.

Kolejny aspekt to nasze emocje, przekonania i wyobrażenia. One zawsze odnoszą się do relacji, jakie tworzymy. Jesteśmy istotami społecznymi, zatem jakość naszych relacji w ogromnym stopniu decyduje o tym, kim jesteśmy, jak przeżywamy życie i jak funkcjonujemy. Manifestacją tego relacyjnego aspektu są też instytucje, które tworzymy. Czy odpowiadają one naszym potrzebom? Czy sprzyjają dobremu życiu? Czy pozwalają na rozwój naszego potencjału? W jaki sposób oddziaływają one na przyrodę wokół nas, czy sprzyjają zdrowiu?

Idąc dalej odkrywamy, że każdy człowiek posiada również potrzeby duchowe i w określony sposób tworzy relację z Absolutem (jakkolwiek pojmowanym). Ten duchowy wymiar życia wpływa na nasze bieżące doświadczenia, pozwala nadawać sens życiu i przeżywać go głęboko. Duchowość, to również aspekt etyczny przenikający wszystkie sfery życia, to przestrzeń wartości, które obecne są w naszych wyborach.

Jak więc widać integralne podejście jest wielkim wyzwaniem dla trenera. Nie oznacza ono, że prowadząc konkretne zajęcia mamy odwoływać się do wszystkich nakreślonych powyżej obszarów. Nie zawsze jest na to miejsce. Najważniejsze jednak, by trener był ich świadomy, by rozumiał ich rozliczne powiązania i uwarunkowania, a przede wszystkim, by rozwijał własne kompetencje trenerskie w oparciu o paradygmat integralny.

Spojrzenie na własne życie z perspektywy integralnej i praktykowanie jej stanowi przejaw najpełniejszego podejścia do rozwoju siebie i innych.

14 października, 2018 by DW 0 Comments

Błąd. Może się zdarzyć Trenerze. Może się zdarzyć w polu grupy?

Trener jest  zwykłym człowiekiem i w tym znaczeniu popełnia błędy. Pomijam tutaj takie oczywiste kwestie, jak przygotowanie się do zajęć, opanowanie wiedzy, która jest przekazywana w trakcie szkolenia czy postępowanie zgodnie z normami grupy i zasadami etycznymi. W tych sprawach trener ma być ekspertem.

Ale poza tym otwiera się rozległy obszar interwencji trenerskich, które bardziej odpowiadają na zapotrzebowanie w związku z bieżącym procesem grupowym niż są zaplanowanym sposobem realizacji zajęć zgodnie ze scenariuszem. Bywa tak, że trener czegoś nie dostrzeże, wykaże się brakiem uważności lub zrozumienia jakiegoś zjawiska. Albo najzwyczajniej zrobi coś, czego potem żałuje.

Myśląc o procesie grupowym w wymiarze holistycznym widzimy, że zachowania poszczególnych uczestników grupy są nie tylko związane z ich wewnętrznymi dyspozycjami, ale przede wszystkim odzwierciedlają ducha samej grupy. To zaś oznacza, że grupa jako całość daje wyraz swojej energii w postaci konkretnych reakcji u konkretnych osób. W tym kontekście, to, co się dzieje jest koniecznym przejawem procesu posiadającego własną „mądrość”. Żadne zjawisko w grupie nie jest zbędne, niewłaściwe, czy nieodpowiednie. Każde zachowanie każdej z osób spełnia określoną rolę dla całości grupy. Ta rola może być trudna do rozpoznania, ale ostatecznie z perspektywy całości widać, że jest konieczna.

Trener również podlega tym mechanizmom. Mimo, iż świadomie podejmuje decyzje w związku z tym, jak rozumie proces grupowy, to sam jest tylko jednym z elementów życia grupy. Uczestniczy w interakcjach z uczestnikami, podejmuje odpowiednie interwencje i w ten sposób bierze udział w budowaniu gęstej sieci powiązań grupowych. Tak, jak w przypadku pozostałych uczestników, jego zachowania również odzwierciedlają ducha grupy. Tutaj jednak te manifestacje przyjmują postać interwencji trenerskich. Innymi słowy, grupa jako całość „deleguje” trenera do podjęcia odpowiednich działań wpisujących się w rolę prowadzącego.

Jeśli zatem założymy, że w tych interwencjach trener może popełnić błąd, to musielibyśmy uznać, że grupa jako całość zbłądziła. Kto może wydać taki werdykt? Kto w sposób arbitralny jest w stanie ocenić właściwe lub niewłaściwe postępowanie grupy?

W moim przekonaniu nie istnieje taka superpozycja. Znacznie lepiej jest założyć, że proces grupowy ma zawsze rację. A to prowadzi ostatecznie do wniosku, że i zachowanie trenera jest zawsze na miejscu. Nawet, jeśli robi coś szokującego, nawet, jeśli żałuje swojego zachowania, to pozostaje fakt, że zdarzyło się, to, co się zdarzyło. A jeśli tak, to z jakiegoś powodu jest to ważne dla grupy i służy jej rozwojowi. Oczywiście ten rozwój należy widzieć nie jako krzywą progresywną, tylko raczej jako spiralę wznoszącą się do góry. Albo jako proces, który wymaga czasami zrobienia kilku kroków do tyłu, by ostatecznie ruszyć z miejsca.

W takim to znaczeniu można powiedzieć, że trener nie popełnia błędów. W tym podejściu należy jednak zachować daleko idącą ostrożność. Łatwo bowiem tego rodzaju przekonanie może zasilić narcystyczną arogancję trenera. Trzeba się tego wystrzegać, ponieważ to, co jest szczególnie istotne w prowadzeniu grup, to pokora. Zaufanie do mądrości procesu uczy tej pokory i pozwala dostrzegać w interwencjach trenerskich, jakiekolwiek by one nie były, potencjał rozwojowy grupy.

Wystarczająco dobry trener potrafi wykorzystać to, co się dzieje w grupie dla jej rozwoju. A uczy się tego prowadząc zajęcia i uczestnicząc w superwizji, która pozwala zobaczyć szeroki kontekst zjawisk grupowych, w tym też rzekomo błędnych interwencji trenerskich.

14 października, 2018 by DW 0 Comments

Holistyczny trener. Dwa kroki do holizmu.

Dwa kroki do holizmu 

Zgodnie definicją Słownika języka polskiego holizm oznacza „pogląd głoszący, że zjawiska tworzą układy całościowe”. Kluczowym określeniem jest więc „całość”. Co się pod nim kryje? Chciałoby się powiedzieć – wszystko! Co to jednak oznacza w kontekście prowadzenia grup, czy ogólnie pracy z ludźmi? Kim jest istota ludzka z perspektywy holistycznej?

Pierwszym krokiem do holizmu będzie zatem skompletowanie wszystkich istotnych elementów definiujących człowieka. Współczesna psychologia zwykle przywołuje w tym miejscu takie aspekty jak: procesy poznawcze, procesy emocjonalno-motywacyjne oraz zachowania. Te psychiczne i behawioralne czynniki nie wyczerpują jednak całości, jaką jest człowiek. Z pewnością jesteśmy również istotą cielesną oraz duchową. W tym kontekście niektórzy gotowi są przyjąć podział na: ciało, psychikę, duszę i ducha.

Zatem człowiek stanowi całość złożoną z tych kluczowych elementów. Ale tak zdefiniowana istota ludzka jest ciągle niepełnym bytem. Do całościowego spojrzenia brakuje bowiem szerokiego kontekstu środowiskowego. Człowiek, oprócz tego, że jest całością w sobie, to jest też częścią czegoś większego. Nie ma człowieka jako takiego, jest zawsze człowiek w określonej sytuacji, ta zaś, mimo iż lokuje się na zewnątrz istoty ludzkiej, to w sposób absolutny ją definiuje. Psychologowie środowiskowi wyrażają tę prawdę wprost w krótkim stwierdzeniu: „człowiek jest jednością ze swym otoczeniem”. Z tego punktu widzenia podział na rzeczywistość wewnętrzną, którą jesteśmy i zewnętrzną, którą nie jesteśmy wydaje się być nieadekwatny. Jesteśmy zarówno tym i tym.

To szerokie spojrzenie na człowieka, a właściwie chciałoby się powiedzieć, na całą rzeczywistość wzajemnie ze sobą powiązaną, splecioną i współzależną stanowi zaledwie pierwszy krok do holizmu. Bo jakkolwiek poszczególne elementy składowe są ważne i holistycznie zorientowany trener ma świadomość ich istnienia, to w drodze do pełnego holizmu niezbędnym jest wyjście poza podziały, klasyfikacje i myślenie w kategoriach poszczególnych elementów.

Drugim krokiem do holizmu jest przyjęcie faktu, że całość jest czymś więcej od sumy poszczególnych części. A to oznacza, że nasze podziały na emocje, motywacje, pamięć, myślenie są arbitralne i nie oddają tego, kim jest człowiek. Nie da się ich oddzielić od siebie. Nie da się też oddzielić człowieka od innych osób, od otoczenia, przyrody, przeszłości, teraźniejszości, a nawet przyszłości. To, co istnieje, to nie poszczególne części, ale układy powiązań, relacje i systemy. Jeśli ktoś kogoś krzywdzi, to z perspektywy holistycznej jest częścią złożonego układu, który manifestuje się w postaci np. zachowania agresywnego. Patrząc na taką osobę w sposób całościowy widzimy rozliczne uwarunkowania systemowe, które ujawniają się w postaci określonego zachowania.

Ty jesteś taki, bo ja jestem taki. A ja jestem taki, bo ty jesteś taki. Patrząc na przemoc widzimy akty miłości, tak jak patrząc na stertę śmierdzącego kompostu możemy zobaczyć pachnącą różę, która za jakiś czas z niego wyrośnie. Patrząc zaś dostatecznie głęboko w piękną różę możemy dostrzec kompost, w który za jakiś czas ten kwiat się zamieni. To jest takie, bo tamto jest takie. Wszystko zaś jest wzajemnie powiązane i zależąc od siebie tworzy złożony przenikający się system.

Nie jest łatwo patrzeć w ten sposób na świat, bo uczymy się raczej kawałkować i oddzielać od siebie rzeczywistość. Holistyczna perspektywa pozwala jednak odkrywać jaka jest natura rzeczywistości, jaka jest nasza prawdziwa natura. Przyjęcie tego podejścia ostatecznie skutkuje głębokim wglądem w naturę rzeczy, za którym idzie spokój umysłu oraz współczucie wobec innych istot. Te aspekty mądrości i miłości są prawdziwym wyzwaniem dla trenera na drodze rozwoju osobistego, który zdaje się nigdy nie mieć końca.

14 października, 2018 by DW 0 Comments

O nasionach. Co zasiewamy to zbierzemy czyli sianie na warsztacie.

O nasionach

Nie chcemy GMO. Nie chcemy sztucznego kodu genetycznego w roślinach, w żywności, w nas…

Od niedawna  jestem właścicielem działki ziemi i doświadczam tego jak wymagające jest żeby coś na niej wyrosło. Ile się trzeba napracować by mieć jakiś plon. Jak bardzo natura chce tak jak chce. A nie tak jak ja chcę.

Nasiona…  Okazuje się, że są całkiem spore grupy ludzi, które spotykają się by się wymieniać starymi odmianami roślin. A właściwie ich nasionami.   To się dzieje teraz. W dzisiejszych czasach. AD 2018. Gdyby Ci się wydawało, że dziwnie brzmi, nazywają się nasienną armią zbawienia.  Poszukaj, znajdziesz ich czeluściach sieci.

Po co to robią? Inna grupa ludzi coraz głośniej mówi o tym, że prowadzone od dziesięcioleci modyfikacje roślin  mające na celu przede wszystkim zwiększenie plonów nie służy naszemu zdrowiu na dłuższą metę. To co zachwyca rolnika, hodowcę, sprzedającego owoce, warzywa, zboża itd. niestety niekoniecznie przekłada się na dobro nasze, zależnych od nich zjadaczy. Za to bez wątpienia generuje więcej „towaru” do sprzedaży i więcej… zysku. A on przecież w dzisiejszych czasach zarządzania światem przez pryzmat pieniądza liczy się najbardziej, żeby nie powiedzieć jedynie.  Jak to powiedział mój mechanik pokazując mi plastikową część, zamiennik metalowej: światem rządzą księgowi.

Ale tu ma być o pracy z grupami   Do rzeczy.

Trener stając  grup przed  jest osobą, która może mieć wielki wpływ na życie uczestników. Może wprawić ich w zachwyt, może pokazać ścieżkę dostępu do tego czego szukają, może rozdawać prezenty, głaski, może poprawiać ,  może pokazać coś od siebie, może przywołać autorytety, może nauczać a może stwarzać okazję do uczenia się od siebie uczestników. Może zostawić trwały ślad, albo chwilowy.  Może zainspirować, a może odebrać inspirację. Trener jakiś. Dobry trener części tego co w poprzednim zdaniu się wystrzega.

Oddziaływanie prowadzącego przebiega zawsze na kilku poziomach. Pierwszy ten najbardziej widoczny i z reguły najbardziej wyczekiwany przez uczestników  to jest przekaz wiedzy. To dzielenie się doświadczeniem, przykłady, prezentacje itp. Jednym słowem kierowanie się  do uczestników z ekspresywnym przekazem w tym zakresie tematycznym w którym uczestnik przyszedł pobierać.  Na to uczestnicy czekają i tego chcą, zwłaszcza ci przesiąknięci tradycyjnym podawczym sposobem nauczania i takowego oczekujący.  Jak klocki lego wypustki i otwory. Pasuje.

Inny, ciągle mniej chciany poziom  to oddziaływanie  przez aktywizację pracy grupy.  Trenowanie umiejętności, zadnia, gry itp. Dobrze omówione, z uważnością na zachowania, motywacje, rezultaty wysiłków uczestników może czynić cuda. Ku zaskoczeniu uczestników. Zaskoczeni są zwłaszcza ci, którzy chcieli by prowadzący był ekspresywnym mówcą, błyskotliwym acz podawczym zachwycaczem. W tej wersji dla nich okazać się może, pod koniec warsztatu, że czas minął bardzo szybko, wiele się dowiedzieli, tylko, nie wiadomo jak to się stało. Bo prowadzący pytał, jakby sam nie wiedział, zmuszał do myślenia, robiliśmy ćwiczenia, była dobra energia, wymiana, kontakt, śmiech i powaga.  I w tym niewiele wykładów za to poczucie małego oświecenia w paru punktach. Intrygujące.  Trochę jak drewniane łamigłówki do składania palcami a raczej intelektem.

Kolejny poziom oddziaływania  to modelowanie. Stojąca przed grupą osoba jest czujnie obserwowana, niemal przez cały czas, a na pewno do momentu uzyskania bazowego zaufania.  U tych, którzy zaufają to badawcze napięcie nieco spada, za to przekaz modela uzyskuje jeszcze więcej dostępu. Neurony lustrzane wykonują swoje zadania cały czas. Osmoza. Przekaz wnika w odbiorcę. Później, po warsztacie  nie wiadomo czemu tu i tam ktoś mówi podobne treści i w podobny sposób i z błyskiem w oku. O modelowaniu  mówi Stephen Covey w swoim modelu wywierania wpływu. Jako najsilniejszy uznaje wpływ przez modelowanie. W dalszej kolejności w tym modelu pojawiają się relacje i techniki.  Kłopot w tym, że może przeniknąć coś więcej niż to co wiem. Warto by wiedzieć. Trochę jak z reklamą. Odbieramy wesoły filmik. A potem nie wiedzieć czemu jest w pokoju diodowy, panoramiczny telewizor, na kredyt.

Emocje jakie się pojawiają w czasie pracy mają dodatkowy wpływ na rezultaty, na uczenie się uczestników.   To czy  przeżycia w trakcie warsztatów są, czy są silne, jaki mają kierunek (radość czy lęk, złość), ma ogromny wpływ na zapamiętywanie. Mówi o tym m.in. Antonio Damasio, badacz mózgu. Czym więcej emocji jak zadowolenie, radość, satysfakcja tym więcej zapamiętywania i pozytywnego kojarzenia. Tym więcej też zaufania.  To jak z paliwami. Można używać zwykłego diesla, albo paliwa lotniczego. Różne pojazdy, różne prędkości i zasięg podróżowania.

Obserwując różne grupy wiedzę taką zależność, iż  czym większe zapotrzebowanie na wiedzę,  mniejsze doświadczenie uczestnika, zarówno w temacie jak i w szkoleniach czy po prostu w życiu, a do tego jeśli  to jedno z niewielu szkoleń na tym etapie jego życia czy pracy, tym łatwiej przyjmuje on to co niesie trener.  W tym miejscu pojawia się Twoja odpowiedzialność. Jesteś bowiem wzorcem. Czy chcesz czy nie chcesz. Dajesz, pokazujesz, uczysz. Poniosą to dalej.

Spotykam uczestników, którzy wykazują się zachowaniami, które mnie osobiście napawają lękiem. Kiedy wyobrażam sobie siebie w roli ich współpracownika, klienta, czy po prostu w towarzyskiej relacji. Są przekonani, o wartości siłowego, manipulacyjnego działania, o jego uroku. Zapytani skąd to mają, mówią że ze szkoleń…

Cóż. Trudno zaprzeczyć. Wiele siłowych, manipulacyjnych technik oddziaływania, wykorzystujących przewagę wiedzy, rangi, roli może działać bardzo szybko. Z poziomu oczekiwań realizacji celów może być bardzo skuteczne. Tylko kiedy patrzę na twarze je realizujących osób widzę niepewność. Widzę, że jest jakaś część nich samych, która nie chce naciskać i manipulować. Mimo , iż nie zna głębiej zasady działania, nie rozumie do końca tego co robi, nauczona przez kogoś i wzmocniona osiąganymi sukcesami robi tego więcej i więcej. Napięcie rośnie. Można mu jeszcze długo zaprzeczać. Ale rośnie. Kiedy pytam o co chodzi, słyszę, że nie wiedzą o co ale wiedzą, że mają tego powoli dość. Bo napięcie rośnie.

Brałem udział wielu castingach na trenera i do wielu projektów. Wiele razy próba zaproszenia do dyskusji na temat szans i zagrożeń, mocnych i słabych stron… do refleksji wywoływała alergię. Potem nie dostawałem tej pracy.  Oczekiwaniem bowiem jest najczęściej szybki i łatwy sposób.  Daj nam go już. O nic nie pytaj. Nie mamy żadnych problemów. A nawet jeśli to nie mówmy o tym. A jego, tego wspaniałego szybkiego sposobu,  jak nie było tak nie ma. I czego jeszcze bardziej nie można powiedzieć w wielu środowiskach: nie będzie.

W pracy z ludźmi uproszczenia działają chwilę. Algorytmy, techniki bez świadomości, treningu, wglądu są krótkotrwale efektywne. Po upływie czasu pierwotnego zadowolenia, bo działa, okazuje się, że też nie działa. Pojawiają się wyjątki od obowiązującego paradygmatu skuteczności ;). Ignorować, czy zauważać? A w praktyce:   albo naprawa gwarancyjna albo trzeba wyrzucić. Bo nie wiadomo jak naprawić.  Nie wiadomo?  Wiadomo.  Technika, narzędzie jest beznamiętne, bezduszne, jak nóż może leczyć albo ranić. Dopiero kiedy ktoś umie pracować sobą i narzędziem to coś z tego będzie.  A na to nie ma z reguły już czasu bo światem rządzą księgowi. Nie ma dwu dniowego szkolenia w spokoju tylko 4 godzinne z którego każdy może wyjść bo musi.

W moim pojęciu praca z ludźmi nie może ograniczać się do tego by dostarczać im wiedzę – trzeba uczyć jej użycia – umiejętności. Nie wystarcza też trenować umiejętności potrzebna jest warstwa samoświadomości, wglądu, rozumienia, gotowości,  słowem odpowiednio zbudowana postawa by ktoś mógł się efektywnie posługiwać jakąś wiedzą. A na to z reguły potrzeba czasu.

Jak to pogodzić w czasach oświecenia w weekend, patentów żeglarskich bez praktyki na wodzie, internetowych kursów medytacji, prawa jazdy na motocykl  robionego na parkingu,  korespondencyjnych szkoleń z obsługi klienta czy budowania marki. Jak to jest, że oczekuje się jakości, sprzedaje się jakość nie dając czasu i przestrzeni na jej zbudowanie?  Jak uczestnik szkolenia kompetencji społecznych ma się dowiedzieć o swoim  nawykowym  budzącym  złość w relacji zachowaniu, (w konkretnym kontekście) z książki, obrazków na ekranie albo z wykładu?

Od lat widzę przestrzeń dla trenerów z misją. Takich, którzy pracują na serio z człowiekiem. Na jego problemach, na jego potrzebach, ograniczeniach, na jego zasobach, budującego jego wzrost. ( wzrost a nie sukces, to za jakiś czas). Nie obiecujących za dużo.  Zasiewających to co może urosnąć i co może dać wystarczająco dobry plon. Może rośliny mniejsze ale zdrowe i takie co prędzej urosną.

Mam nadzieję, że na czas obudzimy  się do świadomości, że nie da się w weekend zrobić tego co nasi rodzice robili latami. Komputery i Internet, kolorowe materiały nie sprawią, że to co przerabia się na wielodniowych treningach psychologicznych trafi do głowy serca i w mięśnie przez ekran, w 5 godzin. Nawet za połowę ceny i bez wychodzenia z domu.  To GMO. Jest fajne, tanie, i bez wysiłku. Ale nie wiadomo co z tego wyrośnie. Może smakować ale nie znane są inne oddziaływania.

Jako odpowiedzialność trenera widzę nie obiecywanie. Za to zasiewanie ziaren świadomości, odwagi, poszukiwania swojej prawdy, świadomego stosowania wiedzy. Prowadząc grupę ścieżką rozwoju widzę jako swoją odpowiedzialność uczyć uważności. Uwrażliwiać, by  uczestnik umiał zdać sobie sprawę z tego co już ma, umiał tego używać  i się z tego cieszyć, a także widział czego  jeszcze potrzebuje i do tego w akceptacji siebie dążył.

Jako trenerzy mamy wielki przywilej. Dostajemy ziemię do zasiewu. Warto wiedzieć co siejemy.  Bo rośliny rozprzestrzeniają się same. Pomaga im wiatr. Czy chcemy czy nie chcemy.

14 października, 2018 by DW 0 Comments

Żagle. Męskość. Warsztat. Taki mix.

O męskim rejsie z warsztatami. Wielkie Jeziora Mazurskie 2018’ 

Różne są głosy o żeglowaniu. Najczęściej, że to piękny sport. Wiatr, woda, żagle, plenery, przyroda. To prawda. Doznania pod żaglami są wspaniałe, wiem o tym dużo z własnego doświadczenia. Jest też druga strona żeglarstwa Rzadziej mówi się o tym, że żeglarstwo to praca, uczenie się, poznawanie,  docieranie, spotykanie siebie i innych ludzi, że bywa tyleż nudno co stresująco, tyleż szybko co powoli, tyleż zwyczajnie co niezwykle, tyleż wietrznie i na fali co na patelni i w bezruchu. O ile humory załogi dopisują cała ta huśtawka różnych stanów sprzyja nam rozwija i może być świetną okazją do przeprowadzania warsztatów rozwojowych.

Całej tej gamy zjawisk przyrody i procesów między ludźmi doświadczyliśmy na męskim rejsie w czerwcu 2018r. W pomyślnej kolejności następowania po sobie, jak na załogę, która ze sobą pływała pierwszy raz, a  80% nie pływała nigdy 😉 przystało. Zaczęło się od spokoju, lekkiego deszczu, małego wiatru, przez stany średnie a skończywszy na potężnym przechyle, spienionej fali i porywistym wietrze, w słoneczno szaro-granatowym krajobrazie rozbujanego jeziora Kisajno. Pokonaliśmy sporą trasę bo z Pięknej Góry  przez jeziora Niegocin, Boczne, Jagodne, kanałami na południe na Tałty, Mikołajskie, Śniardwy, Ryńskie, kanały z powrotem, aż na Zimny Kąt na Kisajnie. Sprawność załogi rosła z każdą godziną. Stawianie masztu, żagli, zwroty i skomplikowane manewry, bardzo dużym jak na warunki szuwarowo bagienne jachtem, w coraz bardziej wymagających warunkach wyraźnie przyspieszało, mniej męczyło i mniej wymagało słów. Za to więcej błysków oka, uśmiechów i pokrzykiwań. Jak to żeglarze. Wiecie J

O męskości są ostatnio bardzo różne słuchy. Kryzys, rozkwit, przemiana, wzbogacenie, przeplatanie z kobiecością… Męskość to coś czym mam wrażenie jednak przede wszystkim za mało się zajmujemy. My mężczyźni. Nie wiem jak kobiety. Może też. Tych kilka dni w męskim gronie dało nam przeżyć tyleż samo przekrój żeglarstwa co męskości. Jedno wywoływało drugie z pola możliwości. Podobnie jak rejs leniwie, ale konsekwentnie w głąb naszych spraw rozpędzała się dyskusja. Powoli acz wytrwale pojawiały się nasze historie, potrzeby, ciekawość, wsparcie, konfrontacje poglądów, emocje. Coraz więcej uczyliśmy się od siebie nawzajem. Z biegiem dni, mil, łopotu żagla i obrotów łódkowej śruby dawaliśmy sobie coraz więcej słów i coraz śmielej. Podobnie też braliśmy od siebie. Męskość w 5 dni – nie ma szans. Z pozoru, albo gdyby się zapierać, że mamy zgłębić albo 😉 wyczerpać temat. Kiedy jednak pojawia się czyjaś historia, czyjeś pytanie, czyjś dylemat, prawdziwy od żywego człowieka, czas zwalnia jakoś. I mam wrażenie, że odsłania mi się bardzo dużo. Że jest czemu się przyglądać. Jest z czego się uczyć. Nawet jacht pochylał się łagodniej jakby. Za to w sercach i umysłach coraz więcej dzieje się i szybciej. Większa śmiałość i ochota. Większa satysfakcja.

Pracowaliśmy od rana. Od wstawania już się zaczynało a potem od stawiania żagli przyspieszało. Przy śniadaniu, gotowaniu i sprzątaniu. Obiedzie i kolacji. Na jeziorze w kanale i na postoju w trzcinach, leśnych zatokach i szuwarach (bo portów unikaliśmy z potrzeby skupienia i ciszy). Wiele słów, zdarzeń, interakcji było pretekstem do ożywionych wymian. Najpierw o tym co się stało tu i teraz by za chwilę przenieść się w przestrzeń bardziej abstrakcyjną i uogólnioną – męskiego życia, relacji, pracy, życia nas samych. Różnice wieku, doświadczeń,  środowisk z których pochodziliśmy, różnice w postrzeganiu zjawisk dawały ogromne pole inspiracji. Humor, a jakże, męski, rubaszny, otwarty, najeżony tym co faceci sobie lubią dać nawzajem a jednocześnie serdeczny i uważny: bez przerwy. Ten żagiel był cały czas postawiony. A my coraz śmielej go napędzaliśmy.  Nie brakło też flauty(cisza, brak wiatru) czyli zadumy, ciszy, zastanawiania się. Gdyby ktoś wątpił były też zorganizowane ustrukturyzowane zadania warsztatowe w grupie.

Wieczorami zaglądaliśmy głębiej, pojawiały się prace nad indywidualnymi problemami. Bywało o pracy, rodzinie, relacjach z ojcem, matką, rodzeństwem, kobietą, dziećmi, pracą, czasem, rozwojem i sobą samym. Bywało do 22 wieczorem  a i do 02 i zaczynało już szarzeć… Niekiedy ta męska wymiana nie pozwalała nam iść spać. Już za tym tęsknię.

Ważne, może najważniejsze na tym rejsie, co obserwowaliśmy to brak potrzeby wyczynu. Co to jest dla faceta? Raczej sporo.  Pomimo deklaracji pójścia w ambitną trasę odpoczywaliśmy. Ktoś przysnął w trakcie pływania na silniku, ktoś spał do 9tej, ktoś się wyłączył by poczytać, ktoś inny podziękował za dyskusję wcześniej by  o siebie zadbać. Warte to uwagi o tyle, że zdaje się tego ( odpoczywania, dbania o siebie) w tej grupie, a może w cały męskim świecie raczej nie ma za dużo. Zauważyliśmy to, że sobie pozwalamy na regenerację ze sporą satysfakcją. Dostrzegliśmy potrzebę bilansowania wysiłku odpoczynkiem i to że o niej zapominamy biegnąc. Ktoś powie: oczywiste. Ja odpowiem: nie kiedy biegniesz bardzo długo.  Ostatecznie to odpoczywanie tu dodało nam tylko pary do pracy, żeglowania, zabawy i śmiechu. Zdarzyło się nam na bębnach pograć i gitara się pojawiła. Dla urozmaicenia w całej powadze naszych rozważań;).  W końcu to tylko 5 dni. A raczej aż 5 dni. Odpoczywanie i zatrzymywanie się może też wnieść do codziennego życia więcej niż nam się wydaje. Jakoś mam wrażenie, że o tym był ten rejs. Akurat ten, męski, 5 dniowy.

Nie brakło zażyłości. Pożegnania chwilę trwały.  Jakoś nie chciało nam się wyjeżdżać. Na koniec brzmiało głośno pytanie: kiedy następny raz? Dlaczego za rok? Jak wcześnie powinniśmy się zebrać?

Cóż, mam wrażenie, że w Polu ten rejs już jest. Teraz trzeba go tylko zmaterializować.

Organizacja Rejsu:

Holistyczna Szkoła Trenerów: https://hst.edu.pl

Alcha ośrodek rozwoju osobistego: http://www.alcha.pl/

14 października, 2018 by DW 0 Comments

Warsztat czyli co? Magiczny czas.

Warsztat czyli co? Czas. Trochę bardziej w wątku biznesowym… 

Cytuję: „Przecież możesz zrezygnować z tych kilku  ćwiczeń. Po co to. Powiedz im po prostu jak ma być i będą wiedzieć. Nie mamy czasu. To decyzja kierownictwa”.

„Efektywnie wykorzystać czas oznacza zaczynać tuż po przerwie, od startu zajmować się tematem i do następnej przerwy nieustannie przekazywać wiedzę, nie traćmy czasu na co inne”.

„W ostatnich latach w jednej znanej dużej firmie szkolenia dla nowych pracowników skrócono z 5 dni do jednego. To optymalizacja czasu przygotowania pracowników”.

Powyższe cytaty mogą się wydawać nierealistyczne ale niestety realistyczne są. Zasłyszane są przeze mnie w rozmowach z osobami pracującymi w dużych firmach, uczestnikami warsztatów, uczestnikami szkoleń (szkół) trenerskich .

Czas szkolenia to bardzo zagadkowe zjawisko. Okazuje się bowiem, że można zmieścić pięć dni w jednym. Zrezygnować z pewnej części szkolenia też można. Można też załadować do jednostki czasu niemal ( sądząc po pewnych ofertach w Internecie ) nieskończoną ilość treści.  Czas szkolenia jest więc rozciągliwy, pojemny, i bywa, że dodaje specjalnej energii wydarzeniom w swoim przebiegu, tak, że stają się one bardziej kaloryczne. Czyli, że uczestnik wychodzi jednak i tak nauczony.  No bo jak inaczej to wytłumaczyć, że coraz krócej zajmuje zrobienie coraz więcej? Ok. Jest jeszcze kilka innych czynników efektywności ( czyli tych co się nimi ją uzasadnia, że ona jest). Ale tym razem skupię się na czasie.

Jeżeli przyjąć, że celem szkolenia, warsztatu ( użyję tych słów zamiennie tym razem, choć kompletnie nie są one dla mnie synonimami ) jest uzyskanie zmiany u uczestnika, manifestującej się nowym zachowaniem to:

  1. Godzina czasu jest w moim rozumieniu czasem całkowicie znikomym, nie zrealizujemy celu.
  2. Dzień to bardzo mało czasu.
  3. Dwa dni to czas, w którym być może uda się taki cel zrealizować.

Uważam, że sedno problemu jest w tym, jak rozumiemy sens szkolenia (warsztatu).

O ile widzimy go w przekazaniu wiedzy (wykład, prezentacja) rzeczywiście możemy mówić o  ilości. Ilość wiedzy, mierzona ilością punktów programu w jednostce czasu może być większa czy mniejsza zależnie od głębokości potraktowania tematu i od szerokości programu. O ile jednak idzie o zmianę zachowania to trzeba jeszcze popracować nad zastosowaniem wiedzy w praktyce czyli wykazywaniem przez uczestnika zachowania powiązanego z nabytą wiedzą. Zważając na to, że uczestników jest więcej niż jeden, dobrze by nie więcej niż 12 w grupie praktykującej, czas ten wydłuża nam się odpowiednio. Później warto jeszcze popracować nad nastawieniem:  emocjami, przekonaniami, które to zachowanie mogą wspierać bądź hamować kiedy to ma się pojawić w realnym środowisku pracy. Ponownie pamiętając o ilości osób. I to ciągle jeszcze spory poziom abstrakcji więc wypada poćwiczyć w symulowanych warunkach środowiska pracy. Ja widzę tu potrzebę kolejnej porcji czasu. Nie godziny, nie dnia a cyklu warsztatów o ile mówimy o wielu kompetencjach stanowiących zestaw potrzebny w danym zawodzie, stanowisku, czy w danej roli.

Tym samym godzinna pogadanka nawet jeśli zrobimy jakieś aktywizujące ćwiczenie raczej nie jest powodem by mówić o tym, że ktoś został przeszkolony, czytaj, będzie zachowywał się w oczekiwany sposób. Można mówić, że ktoś został wstępnie zapoznany z jakąś tematyką, może coś drgnęło w jego świadomości, może pojawiła się jakaś tendencja do refleksji (np. że sporo pracy i czasu jest potrzebne by osiągnąć biegłość).

Jednodniowy warsztat dla nowej startującej w danym składzie i temacie  grupy to czas, w którym można przekazać wiedzę, poprowadzić trening umiejętności, krótko pozajmować się postawami, które wspierają albo utrudniają stosowanie wiedzy i wdrożenie umiejętności. Na podstawowym poziomie.  Nie starczy już czasu na pracę nad zastosowaniami kompetencji w praktyce, a zwłaszcza w wielu wariantach sytuacji, do której umiejętność jest dedykowana.

Jaki cel ma więc skrócenie w poważanej firmie szkoleń wstępnych z 5 do 2 czy jednego dnia?. Około 20 lat temu szkolenia te trwały nawet dwa tygodnie a słyszałem o miesięcznych. Jak się to ma do jakości którą te firmy nam oferują, i której tyle jest w reklamach? Pójdę dalej. Czy można się nauczyć obsługi klienta,  negocjacji, sprzedaży, bycia liderem, w krótkim szkoleniu? Mam na myśli kompetencje społeczne. Pomijam wiedzę produktową jaka jest potrzebna do pracy.  Jak myślą o tym  uczestnicy takich szkoleń? Komu o tym mówią? Jak się czują (gotowi do pracy?)? Jak zatem traktujemy się nawzajem? Serio? Firma pracowników, pracownicy firmę ( za chwilę), firma Klientów, pracownicy kierowników? O ile możemy mówić o tym że nie rozumiemy głębi tego zjawiska to pozornie jest to oczyszczające z zarzutów. Jednak problem fikcji pozostaje.

A jak to jest w warsztatach rozwojowych? CDN.

14 października, 2018 by DW 0 Comments

Warsztat czyli co? Odbiór…?

Warsztat czyli co? Odbiór…?

Jak w krótkofalowej  komunikacji wojska i policji w filmach sprzed paru ładnych lat…

-Ja Brzoza, ja Brzoza, Hasło? / Odbiór?

-Ja Grab, ja Grab, słyszę Cię Brzoza, hasło: „Burza z piorunami”. Odzew?

-Ja Brzoza, ja Brzoza, słyszę Cię Grab, odzew: „Mamy piorunochron”.  Dotarliśmy do celu, zadanie wykonane, Bez odbioru.

Wiadomość została nadana i odebrana. Zostały zastosowane słowa będące umówionym wcześniej kodem, warunkującym przepływ przekazu. Jedna i druga strona jest przekonana o wykonaniu swojej pracy zgodnie z ustaleniami. Wszystko gra. Można świętować, a przynajmniej odfajkować, może odjechać na parking.

Warsztat. Grupa na sali, prowadzący też. Teraz ma przepłynąć to na co jesteśmy umówieni. Ma nastąpić przekaz i odbiór.

Kłopot w tym, że nie ma hasła i odzewu. Nikt go nie ustalił wcześniej. Zwyczajnie nie ma jak tego zrobić zwłaszcza kiedy przed Tobą otwarty warsztat. Nawet jeśli badane są wcześniej potrzeby uczestników,  to indywidualne kody odbiorców do ostatniej chwili nie są dla prowadzącego znane.

Założenia, scenariusz, narzędzia, doświadczenie, intuicja, obecność. Ty.

Start.

Odbierasz  intuicyjnie wiele sygnałów. Potrzeby, oczekiwania, możliwości, doświadczenie, emocje, stany, przekonania uczestników. Ci co wierzą w pole kwantowe i jego jednolitość,  powiedzieli by, że będąc w polu (grupy) po prostu odbierasz pewne informacje. Pamiętasz o tym co jest celem, co chcesz albo zobowiązałeś się osiągnąć. Z pozoru nie masz czasu na zbyt wiele interakcji. Masz sporo materiału do przekazania.

Wariant pierwszy. Nie otwierasz dialogu na temat tego co wydaje ci się, że odbierasz.  Nie zwracasz uwagi na hasło i odbiór. Zaszyfrowana twoim kodem informacja płynie od Ciebie do Nich. Robicie ćwiczenia, jednak nie widzisz przestrzeni na to by ludzi słuchać. Coś Cię goni. Coś mówi idź dalej. Nieprzewidywalność tego co się pojawi. Przygotowany wcześniej scenariusz, zaplanowane ćwiczenia, omówienia, pigułki wiedzy, pasują do siebie. Mówią: to twoja droga. Znaczna dynamika i tempo pracy zagłusza pojawiające się intuicje, chęci komunikowania się na poziomie tu i teraz. Kontrolujesz sytuację i wynik. Dzieje się. Oczy patrzą, oczy błyszczą, uszy słuchają, uwaga napięta by nic nie zgubić. Elokwencja, modele, ciekawostki. Ty je dobierasz i podajesz. Odbiorca jest pewien, że dostaje to co powinien. Jest zadowolony. Przekaz został nadany i odebrany.

Wariant drugi. Zwracasz uwagę na osoby. Odbiór?. Zaczynasz od dialogu. Ujawniasz swój pomysł warsztatu, ukazujesz jego założenia. Pytasz o to co potrzebują twoi odbiorcy w temacie. Część jest zdziwiona bo raczej umiejscawia Cię w pozycji tego co wie co powinien przekazać. Okazuje się, że część potrzeb wychodzi poza nawias możliwości tego spotkania, większość jest w jego zakresie choć jest zaskakująco różnorodna. Głębiej, płycej, trochę, dużo, szczegóły, poziom początkujący, ekspercki… Mówisz, że część materiału się nie pojawi, wskazujesz dlaczego inne elementy są tymi które proponujesz.  Rezygnujesz z scenariusza, otwierasz dyskusję, porządkujesz to co ludzie wiedzą, pokazujesz kierunki dalszej pracy, podkreślasz, że wszystkiego nie da się szczegółowo omówić, pytasz o to co dla nich jest najważniejsze. Oczy błyszczą. Odpowiedź jest nieznana. Jedno jest pewne. Nastąpiła wymiana kodów. Hasło i odbiór jest znane. Przestrzeń współpracy została oznaczona i jest zgoda. A przynajmniej jasność.  Teraz treść. Ponieważ łączność jest nawiązana pozostaje ją przekazać. Wybierasz narzędzia. Uśmiechasz się do swojego planu, założeń, przekonań, wizji i rezygnujesz z niego w jego pierwotnej formie. Energia porozumienia i intuicja trenerska podpowiada Ci  co wybrać co odrzucić, albo przynajmniej od czego zacząć. Zaczyna się taniec z olbrzymem. Kto prowadzi ten taniec?

Który wariant jest Ci bliższy?

W którym wariancie dorosły uczestnik warsztatu uczy się więcej? Który daje szansę na więcej satysfakcji uczestnika, trenera? Który wymaga więcej kompetencji? Który jest łatwiejszy do poprowadzenia? W którym jesteśmy jednym organizmem pracującym w kierunku celu z większym prawdopodobieństwem? W którym trener nadaje w bardziej dostosowany do odbiorcy sposób?

Odpowiedzi na te pytania w tekstach o tematyce trenerskiej na tym blogu i na warsztatach Holistycznej Szkoły Trenerów.

13 października, 2018 by DW 0 Comments

Od czego zaczyna się warsztat?  Kiedy on się zaczyna, czyli rzecz o sitach.

Od czego zaczyna się  warsztat?  Kiedy on się zaczyna czyli rzecz o sitach.

Okazuje się że wcale nie tak późno jak się to wydaje. Nie zaczyna się kiedy się widzimy w drzwiach. Ani nawet wtedy gdy pierwszy raz rozmawiamy.  Zaczyna się wtedy gdy ktoś zacznie myśleć o tym by wziąć udział. Później rozwija się ten pomysł w nim/niej, ktoś podejmuje poszukiwanie informacji, analizę, sprawdza, rozważa,  rozmawia z ludźmi i wreszcie kontaktuje się z Tobą, organizatorem, trenerem, prowadzącym… to wszystko już bycie w procesie.

To co się wydarzy w tym całym czasie, w powiązaniu z tym co ktoś usłyszy, zrozumie, przeżyje, wyda mu się i jakie nadzieje potrzeby, myśli  i emocje w nim się pojawią,  wpływa na to, że pojawia się na twoim warsztacie. Pojawia się nie tylko on/ona samotnie, wyabstrahowana z procesu  istota, czysta karta. Pojawia się z tym wszystkim. To znaczy, że jest otwarty na to co przekażesz, zrobisz, zaproponujesz, jednak filtruje to przez to sito, które sobie wcześniej zbudował(a).

Można by więc powiedzieć, że grupa inicjuje się grubo wcześniej niż w tym momencie kiedy się spotyka. To co zostanie wniesione zasila proces i nadaje mu, tempo i charakter.  Warto też zauważyć, że raczej nie wiesz z jakim sitem przychodzą twoi uczestnicy ;).

Z tej perspektywy wszystko co na temat warsztatu, treningu, spotkania, kręgu znajdzie się w sieci internetowej, krąży pomiędzy ludźmi, wisi w formie plakatów ulotek, jest plotką, a może nawet to czego ludzie nie mówią ale swita im w głowie itp. jest czynnikiem jakości procesu a zatem i wyniku pracy grupy i twojej trenerze. Tym samym słowa, zdjęcia, filmy, całkowicie wszystko co mówisz będzie miało znaczenie. Nie tylko promocyjne, PR-owe ale bezpośrednio wpłynie na pracę na warsztacie.

Szczególne znaczenie ma to co odbiorą uczestnicy w toku rozmów telefonicznych o ile takie się zdarzą. Jednym z niebezpieczeństw jest obiecywanie, bądź wysyłanie sygnałów, że ci zależy. Może Ci zależeć na człowieku, na rozwoju, na zmianie systemowej, możesz chcieć zebrać grupę, możesz wreszcie widzieć jak bardzo Twój rozmówca potrzebuje tego co robisz, bo masz doświadczenie i jesteś w stanie to wstępnie ocenić. Możesz wcale nie obiecywać a jedynie mówić jak jest.  Intencja może być bardzo dobra, czytaj nie sprzedażowa wcale ( zresztą i sprzedażowa nie jest zła przecież). Wspierająca. Może się okazać, że grupa pojawia się na warsztacie i wszystko idzie świetnie.  Jednak oczekiwania, potrzeby, wyobrażenia czekają w kolejce na swoje miejsce w procesie. Na dodatek każdy ze swojego poziomu świadomości. Ktoś z lęku, ktoś ze złości, ktoś z akceptacji, ktoś ze smutku, ktoś inny z ochoty do działania, ktoś z dumy, ktoś z pożądania. Kiedy coś zaczyna się psuć, lub kiedy nadchodzi normalna kolejna faza rozwoju grupy, kiedy zmienia się sposób pracy, kiedy oferujesz metodę której ktoś nie zna, w której nie jest już całkiem miło fragmenty sita pojawiają się i zaskakują. To co w promocji jest elementem oferty, który jest z perspektywy projektu realizowany, wraca echem niespełnienia, oczekiwania, niezgody. Kłopot ma źródło w tym, że wchodzimy w proces z różnych miejsc, z różnych doświadczeń, z różnego rozumienia oferty, założeń, programu, ról i poziomu świadomości. No i wszyscy przecież jednocześnie, a zarazem wcale nie. Za to wszyscy z emocjami (gwiazdka, część tych co poodcinani będzie uważać, że bez emocji), które kierują uwagę tam gdzie chcą a nie tam gdzie chce prowadzący. Potęguje to aktywizowanie się zachowań, które towarzyszą ludziom w sytuacjach krytycznych, a które nosimy w zanadrzu  jako klucze do rozwiązywania na swoją korzyść różnych spraw. Emocje stanowią nagle ich dodatkowy napęd. Wszyscy są jakby bardziej przekonani o swojej racji. I z perspektywy indywidualnej, a jednak własnego snu o swoim bieżącym położeniu, pewnie ją mają.

Zadanie pogodzenia tych z pozoru sprzecznych dążeń jest znaczne i wymagające.  A to dopiero początek grupy. Jej działanie będzie zależeć od tego w jakim stopniu dotkniemy tego co wnieśli uczestnicy ale i jaki poziom wglądu jest dla nas wszystkich dostępny. Nie da się rozwiązywać problemów z miejsca w którym powstały. Jedyną drogą jest więc rozwój. Twój rozwój trenerze, facylitatorze,  prowadzący, szkoleniowcu….

13 października, 2018 by DW 0 Comments

O kończeniu. Dlaczego podsumowanie jest ważne?

O kończeniu. Dlaczego podsumowanie warsztatów jest ważne. Holistyczne szkice trenerskie. 

Wydaje się, że wystarczy dojść do jakiegoś miejsca oznaczonego jako cel. Osiągnąć jakiś rezultat. Że przebyta droga i osiągnięcie celu to wystarczające oznaki dokonania się czegoś. Że oczywiste jest, że  to już  jest to. Że jest dokończone, w całości w pełni.  A jednak to co dzieje się lub nie dzieje  już na poziomie uchwytnym nie zawsze tego dowodzi. Bardziej ulotna perspektywa tym bardziej.  O ile patrzeć przez nie na zachodzące zdarzenia można dostrzec, że nie tylko droga jest jeszcze do pokonania, że proces cały czas trwa i że są jeszcze takie jego części które wciąż nie mają dopełnienia.

Długie procesy rozwojowe nie są łatwe. Wiele się w nich dzieje. Na poziomie uchwytnym i nazywalnym najłatwiej, mamy realizację programu. Są modele, teorie, umiejętności. Na poziomie ciut bardziej wymagającym są relacje a w nim wewnątrz emocje wokół nich i to co z nimi związane czyli role, przywództwo, normy. Głębiej, ale w grupie jest wiele procesów wokół potrzeb, celów, konfliktów, dążeń, nadziei, wartości. Istnieje też coś co jest wyczuwalne a nie łatwo daje się już wyraźniej uchwycić i jest to pole grupy, w którym jak ktoś bywa częściej i bywa uważny  ,  to dostrzega różnice.  O ile ludzie w grupie są ze sobą długo te wszystkie warstwy nakładają się, mieszają i trwają w tyglu,  który można by ogólnie nazwać procesem rozwoju grupy, rozwojem świadomości dziejącym się w niej i na parę innych sposobów mniej i bardziej twardych czy ulotnych jeszcze nazwać. Mniejsza o nomenklaturę.

Wiele grup jest porzucanych samym sobie. Więcej wielu uczestników grup czeka ten los z pewnością. Nie ma czasu, budżetu, programu, nikt nie wpada na pomysł, że jest coś jeszcze do zrobienia. Po prostu jest ostatni warsztat i mówimy sobie do widzenia. Program jest zrealizowany. Ani słowa o tym co dalej, co się wydarzyło, jaka jest tego wartość, co z tym zrobić. Tak przebiega wiele projektów uczelnianych, unijnych. W prywatnych szkołach zajmujących się kompetencjami społecznymi częściej można spotkać się z warsztatami czy treningami zamknięcia. Ale i tu księgowi i rynek robią swoje. Liczy się bowiem program.  Zrobiliśmy w materii to co było do zrobienia. Do widzenia. Zapraszamy znów. Kupiliście produkt, zjedliście i już. Bo uważamy, w dzisiejszym świecie,  że fakty, namacalne, nazywalne, dające się wyszczególnić  są najważniejsze. Mało kto patrzy na proces a więc na nas. A przecież program ma służyć ludziom. Jak coś przed tobą stoi nie jest jeszcze twoje. Musisz wejść w tego posiadanie. Tak jest z nieruchomościami. I z umiejętnościami.

Uczestnicy do tego stopnia nasiąkli tym podejściem, że są skłonni do odpuszczania warsztatów zamykających. Traktują je jak coś co (ponieważ nie merytoryczne)  można pominąć i że nic tam się już istotnego nie wydarzy. Tymczasem tam właśnie jest przestrzeń na to by się zatrzymać i zobaczyć sens  iluś  tam miesięcy czy lat życia. Może dostrzeżesz, że nic się nie wydarzyło, może zobaczysz wartość, może olśni cię, że właśnie skompletowałeś/łaś całość tego co Ci było potrzebne i jesteś już w pełni tym kto ma iść dalej. A może zobaczysz, że masz jeszcze lukę, ale tylko jedną i niewielką, i że jak ją zasypiesz to łatwo ruszysz w swoją drogę. I to uwolnienie dopiero nastąpi. Jeśli jednak nie weźmiesz udziału w zamknięciu, bo to tylko zamknięcie, formalność, rozdanie dyplomów a nie merytoryczny warsztat, możesz nie zauważyć tego co masz i kim jesteś, gdzie możesz z tego skorzystać lub tego czego nie masz i pójdziesz w świat z mniejszą swobodą, pewnością siebie, motywacją, albo coś Cię zaskoczy, albo coś będzie trzymać i pociągać w tył. Bo rzadko w programie jest o tym jak to co jest przekazane pasuje do Ciebie, jak Ty to asymilujesz, czy to w ogóle dla Ciebie albo co jest Ci jeszcze potrzebne by naprawdę się tym posługiwać. I później często ludzie mówią: „e, to nic nie daje, e słabo, e za mało… ”.  Może gdyby pomóc im uporządkować to co mają i to czego nie mają, zintegrować jedno czy drugie, albo jedno i drugie nie byłoby może tak źle…

Zamknięcie to też okazja by sobie i komuś podziękować. Branie i dawanie ma to do siebie, że cieszy ale pozostawia nierównowagę energetyczną. I tym jednym dziękuję, które możesz dać komuś, albo tym (proszę) co możesz odebrać można wiele zmienić. Może się stać domknięte to co nie było. Dopełnione wdzięcznością, która jest katalizatorem radości i poczucia sensu. To domykanie w warstwie relacji. Z prowadzącym i z innym uczestniczącym. To z punktu widzenia programu kompletnie nieistotne.

To wreszcie czas by spojrzeć wstecz zobaczyć Kim wszedłem/weszłam i pożegnać tego Kogoś z jego historią a przyjąć tego kto stoi teraz przed moim lustrem i przywitać Go, kiedy patrzy do przodu przed siebie.  Figura zamknięta. Teraz ruszaj w swoją stronę. Na swoją ścieżkę, w zgodzie ze sobą. Czym więcej masz porządku i jasności tym łatwiej ją będziesz widzieć i łatwiej nią becie Tobie  iść.